O dwóch takich...
przez
Opublikowany 02-07-2010 17:56
Kilkanaście dni temu, 20 czerwca w całym kraju odbywały się wybory na najważniejsze stanowisko w państwie, fotel prezydenta. „Święto demokracji” wygrał obecny marszałek sejmu, od kwietnia pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski, natomiast tuż za nim uplasował się szef Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. Wynik nie był zaskoczeniem, a interesująca była różnica poparcia dla obu kandydatów, która była równa 5%. O tym że w drugiej turze zmierzą się z pewnością ci panowie, od wielu tygodni informowały nas media publiczne jak i w takim samym stopniu komercyjne. Kandydatom tym było to na rękę, a najlepszym przykładem jest debata „wielkiej sejmowej czwórki”. Tak, ale czy jeszcze nadal takiej wielkiej? Grzegorz Napieralski, tak hucznie świętujący swój „sukces” wraz ze skaczącymi wokół niego dziennikarzami, miał 13% poparcie – dokładnie takie samo jak SLD trzy lata wcześniej podczas wyborów parlamentarnych. Tak więc jest to jedynie utrzymanie pozycji, czego nie można powiedzieć o Waldemarze Pawlaku. Wicepremier przegrywając ze startującym po raz czwarty Januszem Korwinem – Mikke zdobył piąte miejsce ponosząc de facto sromotną klęskę. Zastanawiające może być czy tym samym „Ludowców” w najbliższych wyborach parlamentarnych nie czeka ten sam los co Samoobronę i LPR przed trzema laty, czyli tak zwanego „zjedzenia przystawek”.
Janusz Korwin – Mikke startujący tym razem pod banderą WiP-u, poprawił swój wynik z wyborów z roku 2005 i zdobył 2,5% poparcie. Mimo że kandydat nie był zadowolony z zajęcia czwartego miejsca, można tu mówić o sukcesie, ponieważ odsetek ten jest potwierdzeniem niesłabnącej popularności polityka.
W ciągu kilku ostatnich tygodni kandydaci się dwoili i troili by być wszędzie. Na rozwój kampanii miała z pewnością wpływ trwająca prawie miesiąc powódź. To ona dała dodatkowy darmowy czas antenowy. Jednak czy rolą premiera, wicepremiera, ministra, prezydenta, marszałka sejmu jest jeżdżenie po miejscach dotkniętych kataklizmem obszarowo tak rozległym jak tegoroczna powódź? Generał na wojnie nie sprawdza osobiście na każdym odcinku frontu powstałych strat, czy ewentualnego przygotowania do kontruderzenia lecz daje rozkaz swoim podwładnym (a oni swoim...), tym bardziej gdy głównodowodzący jest półgłówkiem (a może właśnie dlatego to robi bo nim jest?) i wcześniej nie przygotował należycie armii do wojny. Miejscem odpowiednim dla takiego człowieka jest kwatera, sztab, czy inna jednostka wydająca [tylko] rozkazy. Taką rolę powinny też odgrywać najwyższe osoby z administracji jak premier czy prezydent, rolę jednostki centralnej która by koordynowała działania jednostek samorządowych. Tymczasem władza zrobiła sobie wycieczkę po Polsce, „Szlakiem Wielkiej Wody”. Kraków, Wrocław, Sandomierz, Warszawa. W końcu fajnie mieć pamiątkę w postaci zdjęcia pod tamą we Włocławku. No tak, niech mnie ludzie zobaczą w telewizji zmartwionego na miejscu katastrofy: ja płaczę, ja współczuję, jest mi przykro, żałuję, to przez poprzedników, to wina bobrów (zdecydowanie wygrywa!), rząd pomoże, jesteśmy z wami i inne. Politycy dodatkowo mieli świetną okazję sprawdzenia tych samych sztuczek w kwietniu po tragedii w Rosji („Żałoba Show”, „Płacz na zawołanie”), więc dobrze wiedzieli co Polacy „kupią”. No cóż, kto miał okazję zobaczyć jakąkolwiek większą powódź na Odrze czy Wiśle, ma świadomość potęgi żywiołu, oraz z pewnością zdaje sobie sprawę z tego że raczej trudno za straty winić zwierzęta. Jednak czas samej powodzi to trochę późno na wyciąganie wniosków z poprzedniej a jedyne co możliwe to minimalizowanie skutków.
Na szczęście opady w końcu odpuściły, więc politycy wrócili do domów, robić nowe spoty wyborcze, wiece, odwiedziny w szpitalach, domach dziecka itp. Po wynikach pierwszej tury, dwóch liderów postanowiło się spotkać podczas debaty telewizyjnej. Właściwie nie są mi znane oficjalne statystyki oglądalności spotkania, jednak było ono transmitowane na pierwszym kanale telewizji publicznej, w miejsce mundialowego meczu który był nadawany na TVP2 (jakby nie można było zmienić ramówki tylko drugiej stacji publicznej). W przypadku drugiej debaty termin nie kolidował z meczami, tak więc prawdopodobne że oglądalność wzrosła od poprzedniej.
Jarosław Kaczyński ewidentnie próbuje się upodobnić do swojego zmarłego brata – oczywiście mam na myśli tutaj cechy zachowania, jak zdecydowanie spokojniejszą mowę, czy także nienaganne uczesanie, które nigdy nie należały do mocnych stron przewodniczącego Prawa i Sprawiedliwości. Były prezydent, był popularniejszy od bliźniaka, tak więc z pewnością przyniesie to dodatkowe głosy, w szczególności od wyborców przykładających większą wagę do formy niż treści.
W debatach które niby „mają zadecydować” o wygranej, kandydaci ogólnie prezentowali się średnio. Kaczyński wyraźnie chce się przypodobać wyborcom o poglądach lewicowych, o czym może świadczyć wskazanie na rozwarstwienie Polski względem zamożności, czy z uporem maniaka powracanie do tematu służby zdrowia. Podczas debaty omawiany był też temat powodzi – prezes PiS-u uważa że fatalne przygotowanie to wynik braku wykonywania zaleceń Unii Europejskiej a nie lekceważenie tematu przez ostatnie rządy (w tym skróconą dwuletnią kadencję gdy rządził PiS wraz z koalicją). Jak widać Kaczyńskiemu jak przystało na prawdziwego socjalistę pasuje tego typu odpowiedzialność za losy naszego kraju. Wyjątkowo niefortunna była wypowiedź że na temat Białorusi powinniśmy rozmawiać z Moskwą. Dobijające było także stwierdzenie że początek X-lecia to także początek modernizacji państwa, państwa które jest właściwie modernizowane już od dwudziestu lat.
Kampania jak każda porządna polska kampania prezydencka obfitowała w elementy historyczne. Jednak tym razem nie było dziadka z armii niemieckiej, teczek czy Powstania Warszawskiego lecz odwołania do PRL-u. Wielokrotnie pojawiało się nazwisko byłego komunistycznego ministra przemysłu Wilczka, z którym nawet sztab Komorowskiego się spotkał. We czwartek Kaczyński odwiedził Śląsk, gdzie pozytywnie wspominał czasy Edwarda Gierka, jego nazywając patriotą. Bez względu na ocenę epoki i samego sekretarza, jest to zaskoczeniem, ze względu na to że Jarosław kreował się na zagorzałego antykomunistę, a także wroga ich następców w prostej linii - SLD. Tak więc okazał się człowiekiem na tyle żądnym władzy że jest gotów powiedzieć dosłownie wszystko, by zdobyć dodatkowe głosy.
Właściwie, można jeszcze wypisywać „plusy dodatnie i plusy ujemne” kandydatów jednak na tym poprzestanę. Kilka dni temu usłyszałem świetną wypowiedź, że obaj bardziej się nadają na stanowisko sołtysa niż na prezydenta – ona zdecydowanie skraca podsumowanie. Za kilka godzin zacznie się cisza wyborcza, czas podczas którego mamy podejmować decyzje bez „pomocy” mediów. Chyba każdy głosujący chciałby aby przyszły prezydent przez najbliższe pięć lat godnie reprezentował swój urząd, a na arenie międzynarodowej Polskę. Dobrze znane są wpadki Aleksandra Kwaśniewskiego, będącego na uroczystościach pod wpływem alkoholu. Pochwalić można także Lecha Kaczyńskiego, za nazwanie dziennikarki „małpą w czerwonym”, rozmowę z premierem Donaldem Tuskiem o kanclerz Niemiec Angeli Merkel, z przypuszczeniem ze strony prezydenta że znajduje się ona pod wpływem narkotyków, czy równie słynne „spieprzaj dziadu”. Tak więc miejmy nadzieję że tego typu gaf ze strony następcy będzie zdecydowanie mniej... a najlepiej żeby w ogóle ich nie było.
Wiadomość