Z początkiem maja zjazd Frizony odbył się na ziemi poznańskiej. Ziemia to zacna, bogata, z tradycjami i do odbycia zjazdu nadawała się. Poprzedni zjazd był w Warszawie, gdzie wielkie sejmy się odbywają, ale ja lubię swoję tereny, w dodatku zimno było, nie było mię, to i nie mam co relacjonować. Alem na tym poznańskim był, nawet współorganizowałem go.
A to było tak, że potrzebne nam było miejsce. Dysponowałem taką posiadłością, działeczką zacną, dla ziemian godną, do uczty sarmackiej się nadającą. Ustaliliśmy tedy i nie zwlekaliśmy. Król rzekł, czy ziemię na to dam.
"Dać mogę" - rzekłem - "ale narodem wolnym szlacheckim jesteśmy, wszystkiego nie zapewnię."
"Ja i dworzanie moi mięsiwa i inne rzeczy potrzebne zapewnimy" - odrzekł król - "Ty ziemię na ucztę daj, a zyskasz."
Zacnie to ucztę urządzić, tedy dałem. A i pogoda dopisała.
Poznań jest dużą i bogatą aglomeracyą, nie to, co gdzie indziej bywa. Tedy ustaliliśmy, że spotkamy się wśród łyczków (tzn. mieszczan) na Starym Rynku, pod Pręgierzem, posągiem co o wykonywaniu sprawiedliwości przypomina. My jednak szlachta jesteśmy, wojskowe doświadczenie mamy, to i wiedzieliśmy, że wcześniej trzeba rzecz przygotować. Tedy na skraju Wildy, zacnej dzielnicy,spotkałem się z Królem - Norbertem I, Kanclerzem jego, Michałem Ariesem i Bratem Aregirsem Herbu Wareskiego, co już wcześniej przybył im pomagać. Powitałem ich bojowym okrzykiem, jeszcze doświadczenie dawnych licznych walk zupełnie nie wyparowało ze mnie, jak woda z sadzawki w upalny dzień paruje.
Tedy doszliśmy do mego dworku i zostawiliśmy niezbędności - mięsiwa, jako i gryll nawet, taki, co kawał tura byś na nim upiekł (ale w wielu turach trzeba by tura piec).
Później udaliśmy się piechotą, hen, z Wildy na Stary Rynek. Tu lekko poznańską tradycyę zawiedliśmy, trochę się spóźniając, ale daliśmy Panom Braciom dzięki temu słynne Poznańskie Koziołki i przemarsz orkiestry obejrzeć, a oni, w wschodnich i północnych stronach nieczęsto takie rzeczy oglądać pewnie mogą. Za to oni czasem od Tatarów najazd ujrzą lub do Szwedów promy zobaczą, czego my w swoich stronach nie mamy. Każda kraina swego bzika ma!
Ale ad rem: pod Pręgierzem czekała już Brać, choć rozdzielona. Mam nadzieję, że nie pominę, wymieniając: Brata Macieja, rannego po dzielnej pogoni za tramwajem tak, że o kulach chodzić musiał, ale się stawił. Dalej widziałem i Wacława Komisarza Gdańskego (to pełne krnąbrnych łyczków miasto zawsze Komisarzy Królewskich potrzebowało), jako i Iwana Iwanowskiego herbu Iwanow, który to herb wskazuje, że nim do Rzplitej się przeprowadził, by się przeciw niej buntować, wcześniej chyba przeciw Carstwu Rosieji się buntował, jako i Brata Alanusa, co z francuskiemi kolonisty jest spokrewniony, jako i Pana Brata Kota Behemota, który, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych z naszych stron pochodzi, i wielkopolskiego herbu jest.
Poszliśmy wpierw do karczmy pragnienie ukoić i podokazywać. Uwijały się łyczki, nam usługując. Szedł ulicą Brat Robert, dojrzał nas i dosiadł się kompaniję powiększając; i już do wieczora z nami pozostał. Rozprawialiśmy tedy, Król, przejmując się elekcyą cesarską, na Corvinusa poparcie zbierać raczył, co aprobowałem z radością, gdyż herb Korwin zawsze sentyment mój wzbudza. Nawet sceptycznie nastawieni do Rzplitej Bracia Akapowie myśleli, czy tak zacney kandydatury jak Corvinus, poprzeć nie wypada. A był w ogóle Dzień Flagi, latali z flagami i podpisami różni zwolennicy różnych partyj. Wstaliśmy w końcu od stoła, wszak mięsiwo na Wildzie czeka!
Rozpoczęła się podróż. Dwiema grupami szliśmy, aż się przypominało, jak w dawnych czasach hetman po dwa zagony na Moskali słał. Ale ad rem: w międyczasie doszła Białogłowa Brata Kanclerza Michała, co to dodatkowe posiłki ze sobą przywiozła. To i tak podróżowaliśmy: jedni pojazdem tramwaj nazywanym, drudzy własnymi nogami.
Doszliśmy w końcu na ziemię moją. I tam rozłożyliśmy grilla, mięsiwo wyłożyliśmy, a ja wcześniej przygotowany miód pitny ku uciesze wszystkich okazałem. Mechanicznych grajków najęto, by przygrywali. Brat Aregirs swoje znaki herbowe i ideowe na drzewie wywiesił, choć nie z przekonaniami wszystkich zgodne, gdyż jedni od Rothbardiusa byli, a drudzy Corvinusa czy jeszcze jakichś innych szkół zwolennicy. Ale pszczele barwy miłe Rothbardiusowi powiewały, a reszta nad tym przeszła do porządku dziennego, gdyż uno, że było wesoło, duo, że było mięsiwo, tertio, że był alkohol, quatro z Bratem Aregirsem niewarto zadzierać, bo ten liczne sztuki walki umie.
To i zaczęło się sarmackie życie "przy stole", choć metaforycznie, bo stołu nie było. Ale niezbędny sprzęt był. To skwierczało mięsiwo, to kiełbasy, to sałatki spożywano, to dodatkami pokrywano, to chlebem zagryzano. Picie było bezalkoholowe i alkoholowe. Czasem zrobili my rejzę na Wildę, dodatkowe rzeczy kupić. Piwsko, jak Germanie, uwielbiali, ja wolałem miód, acz ten szybko się skończył. Były i napitki godne Francuzów, to jest wino. Tak jedzono i pito.
Dyskusje były liczne, w różnych kątach i grupkach. Kulturalnie, dworku mi nie demolowano, nikt się nie pobił, jak to czasem na zjazdach szlacheckich bywa. A tu jeszcze karoca przyjechała i z niej Brat Marcin ze swą Siostrą rodzoną przyjechał, i towarzystwo zasilił. Oni już byli ostatni, co do dworku zaszli. I siedzieliśmy tak do zmroku, tu gawędząc, tam chodząc, zainteresowanie sąsiadów budząc. Jeden lokalnik nawet radyjko chciał Kanclerzowi sprzedać, taki podziw wystrojem i wystawieniem się budziliśmy. Wszelkie przeszkody pokonywaliśmy dzielnie, jak nasi hetmani niegdyś dzielnie fortece zdobywali - exemplum - zabrakło otwieracza do korków, to korki nożem wybijaliśmy, byleby do etanolowego płynu się dostać. I pływał korek w butelce, ake nalewać się dało.
Gdy zaczęło zmierzchać skończyliśmy imprezę. Szybko wszystko sprzątnięto, a mnie w darze przypadł grill, reszta węgla i musztardy oraz majonezy. Taki był przywilej królewski za użyczenie ziemi. Tedy opuściliśmy działkę. Jedni, od rana na nogach, zmierzali do domu, jak ja, inni znów poszli do miasta, by, ku uciesze łyczków, swe pieniądze tam wydawać i nadal się bawić. Szlachta austriacka to my jesteśmy z przekonań, ale wydawać potrafimy jak typowa polska! Do tych w mieście dołączył Brat Jakub, ale co się tam działo, dobrze nie wiem. Wróciłem do domu i szybko się kładłem. Pogoda dopisała, dopiero pod koniec mżawka orzeźwiająco pokropiła, nikomu nie przeszkadzając. Tak się wszystko udało.
Com widział i opisał ja, uczestniczący w Secundi Conventi Frizonae Die Secundi Maii Anno Domini 2010,
Pan Kacper Zygmunt Kazimierz Gis.




Menu
Kategorie






Ostatnie posty
?
Ostatnie wpisy na blogach
Wiadomość