W związku z reformą służby zdrowia w Stanach dużo mówi się o jej rosnących kosztach, milionach nieubezpieczonych i o tym jak zbliżenie się do modelu europejskiego uratuje dziesiątki tysięcy ludzi. Praktycznie nie mówi się o tym, że medycyna i ubezpieczenia zdrowotne są jednym z ciężej regulowanych sektorów gospodarki, i że obecna sytuacja wynika bezpośrednio z tych regulacji.
Jeszcze rzadziej mówi się o tym jak wyglądała służba zdrowia zanim te regulacje wprowadzono. Jednak niedawno natknąłem się na artykuł dość szczegółowo opisujący jak dawniej zorganizowana była służba zdrowia, którego tłumaczenie zamieszczam poniżej.
______________________________________________________________________
Lekarz potępia praktykę dla klubów
Medyczna profesja zdegradowana przez hurtową pracę dla stowarzyszeń.
______________________________________________________________________
ZŁO ZE WSCHODU
______________________________________________________________________
______________________________________________________________________
W jednym z profesjonalnych tygodników medycznych lekarz z południowo-wschodniej części miasta skarży się, że "zło praktyki dla klubów" utrudnia postęp i zmniejsza skuteczność usług medycznych w tej części miasta, pozbawiając dużej części godnych i kompetentnych lekarzy owoców pracy i nauki do których czują się uprawnieni.
Uskarżającym się lekarzem jest Dr Morris Joseph Clurman z 142 Rivington Street. W swoim artykule w Medical Record zatytułowanym "Zło praktyk dla klubów na południowym wschodzie" pisze:
"Wśród lokalnej społeczności medycznej, szczególnie w południowo wschodniej części miasta, w ostatnich latach pojawiło się zło tak szybko szerzące się, tak potężne i destruktywne dla idei medycyny, że z czasem tylko mityczny Perseusz będzie w stanie zniszczyć tę Meduzę, jeśli praktycy medycyny z naszego miasta nie podejmą zdecydowanych działań by powstrzymać go teraz."
"Zło o którym mówię to oczywiście obecny stan praktyki dla klubów z towarzyszącym mu poniżeniom lokalnego bractwa medycznego. Obecnie w śródmieściu istnieje coś pomiędzy 1500 a 2000 klubów, stowarzyszeń i wspólnot charytatywnych utworzonych głównie przez niższa klasę robotników w dwóch celach - życia społecznego i wzajemnej pomocy."
"W każdym stowarzyszeniu powstał zwyczaj wyborów lekarza, który za wynagrodzeniem ma opiekować się jego członkami. Wysokość tego wynagrodzenia omówimy później."
"Dwadzieścia lat temu, gdy praktyka dla klubów dopiero raczkowała, stowarzyszenia wysyłały skromnych delegatów do jakiegoś lekarza by poprosić go o opiekę nad członkami ich klubu za uczciwe i rozsądne wynagrodzenie. W większości wypadków taki lekarz zastanowiłby się dwa razy zanim zgodziłby się na taką umowę, gdyż rutynowa praktyka dla rodzin, naturalnie wymagająca wielu powrotów do pacjenta, wydawała się znacznie bardziej opłacalna niż tania praktyka kontraktowa dla klubów. Jednak młodzi i ambitni nowicjusze szukali sposobów znalezienia pacjentów i wydawało się to łatwym sposobem związania końca z końcem, a także rozreklamowania się w uczciwy i etyczny sposób."
"Klubowy lekarz stykał się w ten sposób z dużą liczbą pacjentów, z którymi nie spotkałby się inaczej. Z czasem jednak, po ustaleniu swojej reputacji jako pracowitego - i być może dobrego - stawał się w mniejszym lub większym stopniu niezależny."
"Jednak wraz z rosnącą ilością praktyków w mieście powstała między nimi konkurencja, by zostać wybranym do świadczenia usług w jak największej ilości stowarzyszeń. Wielu zabiegało o te stanowiska i przez jakiś czas wyglądało na to, że znaleziono nowe Eldorado."
"Teraz jednak role się odwróciły. To lekarze szukali stowarzyszeń a nie vice versa, jak dawniej. Stowarzyszenia odkryły, że ponieważ tak bardzo zabiegano o stanowiska klubowych lekarzy, mogły one teraz wybrzydzać i wybierać spośród wielu kandydatów."
"Cóż to za poniżający spektakl, patrzeć na tych trzech czy czterech ludzi w czasie wyborów w jednym ze stowarzyszeń. Każdy kandydat przychodzi w pełni przygotowany z kartami do głosowania, z jego nazwiskiem, które są rozdawane członkom stowarzyszenia. W czasie głosowania i liczenia głosów lekarze ci siedzą jak skazańcy czekając na wyniki. Trudno powiedzieć kto powinien być bardziej zmartwiony po przeliczeniu głosów - szczęśliwy (?) zwycięzca, czy pokonani kandydaci."
"Dziś praktycznie każdy robotnik w mieście jest członkiem jakiegoś klubu, który ma swojego lekarza. Zobaczmy więc ile wynosi przeciętne wynagrodzenie dla klubowego medyka. Z nielicznymi wyjątkami cena 'za głowę' jest następująca: Jeden dolar* za rok, za każdego nieżonatego członka i $3 za rok, za każdego żonatego, za świadczenie usług dla całej jego rodziny. Nie zapominajmy przy tym, że przeciętny robotnik w naszym mieście z reguły nie wierzy w jednodzietne rodziny."
"Na tych warunkach od klubowego lekarza oczekuje się przybycia na każde zawołanie. Często zdarza się, że jest wzywany 40-50 razy w roku przez jedną rodzinę. Nie raz wzywany jest w niesamowicie trywialnych sprawach, gdyż tak łatwo jest otrzymać jego usługi. Cóż za wstyd i hańba dla naszej szlachetnej profesji."
"W wyniku tego stanu rzeczy lekarze klubowi stają się nieuważni i niechlujni w swojej praktyce. Ich umiejętności diagnostyczne nie tylko się nie rozwijają ale przez atropię degenerują do tego stopnia, że ich rady są nie warte niewiele więcej niż okolicznego znachora."
"Żyjemy w zbyt oświeconym wieku by nie być w stanie zapobiec lub przynajmniej zmniejszyć większość zła tego świata, a zło praktyk klubowych jest jednym z tych, które można rozwiązać całkowicie i zmieść je z powierzchni Ziemi. Aby tego dokonać lekarze naszego miasta muszą podjąć zdecydowane i intensywne działania."
*) Ok. $23 w dzisiejszych dolarach, po uwzględnieniu inflacji.
New York Times - 06.11.1910
Oryginał
Tłumaczenie - Ivan Ivanov



Menu
Kategorie






Ostatnie posty
?
Ostatnie wpisy na blogach
Wiadomość