• Krzysztof Śledziński: Paradoksy samoposiadania, czyli dlaczego propertarianie są za masowymi mordami

    Wszystkie misie polarne wiedzą, że libertarianizm własnościowy, czasem zwany propertarianizmem, opiera się na wyraźnie osadzonych w rzeczywistości (nieszczególnie), bezsprzecznych (że jak?) i jakże jasnych (łohoho) aksjomatach, z których na pierwszy plan wysuwa się samoposiadanie. Założenie to głosi, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała czy też ogólnie samego siebie, tj. że to on może być jedynym dysponentem dobra, jakim jest jego ciało. Nikt inny poza nim nie może podjąć decyzji, żeby skosić trawnik czy podlać kwiatki. Ujmując słowami bardziej adekwatnymi dla poruszanej kwestii, założenie to jest potrzebne w korpusie poglądów propertariańskich jako uzasadnienie instytucji własności. Paru dość łebskich propertarian zauważyło bowiem, że nie będą mogli prowadzić agitki na rzecz ostoi ludzkiej cywilizacji – prawa własności – jeśli nie uda im się oprzeć własności na filozoficznie spójnym fundamencie. Fundamentem tym jest samoposiadanie. Tekst ten nie jest więc przeznaczony dla tych, którzy samoposiadanie odrzucają; niemniej jednak również oni będą musieli, jeśli są propertarianami, odpowiedzieć na pytanie: skąd bierze się własność? Ale do rzeczy.

    Najpierw trochę historii czy też wstępu środowiskowego. Wśród propertarian wyodrębniły się dwie grupy, które wyróżnia podejście do materii samoposiadania. Pierwsza z nich uznaje, że samoposiadania nie można się zrzec, tj. jest ono wartością niezbywalną i nie można jej przenieść na inną osobę. Druga, a contrario, stoi na stanowisku, że prawem własności swojego ciała, jak każdym innym prawem własności, można dowolnie dysponować, a więc można także przepisać je na innego człowieka.

    Kluczowym dla mnie zagadnieniem jest również kwestia naruszenia prawa własności. Otóż zgodnie z propertarianizmem jedynie właściciel jako dysponent dobra może decydować czy doszło do naruszenia jego praw. Teraz, przenieśmy się oczami wyobraźni do propertariańskiego raju. Widzimy, że grupka wegetarian-aktywistów chce powstrzymać właściciela (któremu nadam imię Albert) od ubicia świniaka poprzez odebranie mu go. Wegetarianie-aktywiści naruszają prawa własności Alberta, jeśli nie życzę on sobie, żeby mu tego świniaka zabierano. Działanie wegetarian-aktywistów zatem będzie kradzieżą, jako że pozbawia go rzeczy, której jest właścicielem. Jednakże, jako właściciel Albert może wyrazić zgodę na to, żeby ktoś wszedł na jego teren i tego świniaka sobie wziął; jedynie on może tego dokonać, jeśli zrobi to ktoś inny może ponieść konsekwencje naruszenia jego własności. Jego zgoda nie musi być jednak wyrażona explicite; oznacza to, że, jeśli nie ma nic przeciwko zabraniu mu świniaka, to po prostu nie podejmuje działań w celu ochrony jego stanu posiadania ani nie wysuwa roszczenia zaprzestania naruszenia i zwrotu mojego świniaka czy naprawy szkód. Nie musi zawierać z kimś umowy, żeby doszło do tej osobliwej transakcji; samo jego działanie świadczy o tym, że zgadza się na pozbawienie go tej rzeczy. Podsumowując ten fragment, wypada stwierdzić, że to właściciel podejmuje decyzje czy dochodzi do naruszenia; do naruszenia dojdzie post factum także wtedy, jeśli właściciel wysunie roszczenie przeciwko owym wegetarianom-aktywistom. Brak tego roszczenia implikuje zgodę właściciela na zabranie mu świniaka.

    Wszystko fajnie, ale trzeba by wreszcie przejść do tematu przewodniego tego wpisu. Mowa o morderstwie. Wyobraźmy sobie, że rzeczona grupka wegetarian-aktywistów nie tylko porywa świniaka, ale także pozbawia życia właściciela, który postanowić potraktować ich strzelbą. Coś mu nie wyszło i pożegnał się z tym padołem łez. Każdemu propertarianowi powinna się teraz zapalić czerwona, socjalistyczna lampka: wegetarianie-aktywiści dopuścili się naruszenia prawa własności ciała właściciela, tj. naruszyli jego prawo samoposiadania. Niestety, w tym właśnie momencie powstają rozliczne problemy. Trzeba sobie zadać pytanie: czyja własność została naruszona? Pomijając kwestię świniaka jako drugorzędną, skoncentrujmy się na samoposiadaniu właściciela (tak, wiem, brzmi pięknie). Jeśli dochodzi do naruszenia prawa własności, to należałoby dowiedzieć się czyjego prawa własności. Przyjrzyjmy się więc, jaką odpowiedź mogą dać wspomniane dwie grupy propertarian.

    Pierwsza ma w ogóle przechlapane. Fakty są takie, 1) że Albert został zamordowany, 2) że prawa samoposiadania nie można przepisać na inną osobę oraz 3) o naruszeniu prawa własności decyduje właściciel. Szkopuł w tym, że właściciela ciała Alberta, czyli samego Alberta, nie ma; znaczy się, Albert, który był dysponentem swojego ciała aż do momentu, w którym pozbawiono go życia, został fizycznie unicestwiony. Albert jako swój właściciel nie może zatem stwierdzić czy doszło do naruszenia jego prawa, czy też nie. I zgodnie z zarysowanym wcześniej domniemaniem zgody, stwierdzić trzeba, że w przypadku morderstwa nie ma poszkodowanego z tego względu, że ewentualny poszkodowany nie zgłasza roszczenia o zaprzestanie naruszania jego prawa; wynika więc z tego, że wyraża zgodę na bycie zamordowanym. Nie jest wcale istotne, że Albert nie tyle nie wyraża sprzeciwu, co wyrazić go nie może; nawet gdyby tak było, to niemożność cesji samoposiadania skutecznie uniemożliwia dochodzenie sprawy w sądzie. Jasne, zawsze można by dowodzić, że roszczenie wysunie rodzina; lecz rodzina na gruncie tego podejścia nie posiada żadnego prawa do ciała Alberta, jako że prawa samoposiadania nie można przepisać na kogoś innego. Sprawa zamknięta, morderstwo przestępstwem bez ofiary.

    Druga grupa może pozwolić sobie na więcej, ma też większe pole do popisu dzięki pozostawieniu swobody zrzeczenia się samoposiadania. Fakty są w tym przypadku następujące: 1) Albert został zamordowany, 2) samoposiadanie można przepisać na inną osobę, 3) o naruszeniu prawa własności decyduje właściciel, 4) właścicielem danej osoby nie zawsze jest ta sama osoba (co wynika z faktu nr 2). Wyróżnić trzeba dwie sytuacje: Albert nie przepisał prawa własności swojej osoby na kogoś innego oraz Albert przepisał prawo własności swojej osoby na kogoś innego. Pierwsza sytuacja będzie miała identyczny przebieg i takie samo zakończenie, co omawiana powyżej sprawa, w której w ogóle nie może dojść do cesji prawa samoposiadania. Zgoła inaczej będzie w drugim przypadku. Jeśli faktycznie Albert przepisał prawo własności swojego ciała na kogoś innego, powiedzmy na Zenona, to nie Albert jest swoim właścicielem, lecz to Zenon jest właścicielem Alberta. Oczywistą implikacją tego stanu rzeczy jest to, że to Zenon jest władny przedstawić roszczenie o zaprzestanie naruszenia i naprawę szkody (bo morderstwa Alberta nie możemy uznać za nic innego, jak naruszenia czyjegoś prawa własności). Sprawa rozwiązana, Zenon wygrywa sprawę w sądzie (czy też zabija wegetarian-aktywistów w ramach uprawnionego odwetu, jak sobie chcecie).

    Nie ma żadnych przeszkód, żeby tak właśnie wyglądało propertariańskie społeczeństwo. Podejście to boryka się jednak z dwoma odrębnymi problemami. Pierwszy jest natury dowodowej: Zenon musi udowodnić, że jest on właścicielem Alberta, co może nastręczać pewnych trudności. Co oczywiste, najprościej byłoby, gdyby Zenon posiadał umowę, w której Albert zrzeka się swojego samoposiadania na rzecz Zenona; sprawa byłaby wtedy jasna. W przeciwnym razie, np. wtedy, gdy umowa cesji samoposiadania była ustna, Zenon nie będzie miał tak łatwo, bo, jak wiadomo, dowód ustny ma mniejszą wartość niż dowód pisemny. Problem numer dwa jest typowo historyczny: propertarianin nie może, na gruncie przyjmowanych przez siebie przesłanek, potępiać zbrodni dokonywanych w przeszłości. Wynika to z faktu, że dawno temu (a nawet teraz) ludzie nie zawierali umów, w których przepisywaliby prawo samoposiadania na kogoś innego. Ma to ten oczywisty skutek, że morderstwa będą, spoglądając w historię, uprawnione, jako że nikt nie stanowił własności kogoś innego, a więc nikt nie może wysunąć roszczenia o naprawienie szkody. Jedynie bowiem właściciel może stwierdzić, że doszło do naruszenia jego prawa; jako że właściciela nie ma z powodu jego fizycznego uzasadnienia, to będzie dość oczywiste, że nie stwierdzi on, że doszło do naruszenia jego prawa własności. Nie dotyczy to, rzecz jasna, niewolników; w ich przypadku sprawa jest prostsza, lecz tutaj, znowu, natrafiamy na przeszkody dowodowe; trzeba bowiem zadać sobie pytanie: na jakiej podstawie właściciel niewolnika jest jego właścicielem?

    No to tyle.
    Ten artykuł powstał na podstawie tematu: Krzysztof Śledziński: Paradoksy samoposiadania, czyli dlaczego propertarianie są za masowymi mordami started by Trikster View original post
    Komentarze 64 Komentarze
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Kluczowym dla mnie zagadnieniem jest również kwestia naruszenia prawa własności. Otóż zgodnie z propertarianizmem jedynie właściciel jako dysponent dobra może decydować czy doszło do naruszenia jego praw. Teraz, przenieśmy się oczami wyobraźni do propertariańskiego raju. Widzimy, że grupka wegetarian-aktywistów chce powstrzymać właściciela (któremu nadam imię Albert) od ubicia świniaka poprzez odebranie mu go. Wegetarianie-aktywiści naruszają prawa własności Alberta, jeśli nie życzę on sobie, żeby mu tego świniaka zabierano. Działanie wegetarian-aktywistów zatem będzie kradzieżą, jako że pozbawia go rzeczy, której jest właścicielem. Jednakże, jako właściciel Albert może wyrazić zgodę na to, żeby ktoś wszedł na jego teren i tego świniaka sobie wziął; jedynie on może tego dokonać, jeśli zrobi to ktoś inny może ponieść konsekwencje naruszenia jego własności. Jego zgoda nie musi być jednak wyrażona explicite; oznacza to, że, jeśli nie ma nic przeciwko zabraniu mu świniaka, to po prostu nie podejmuje działań w celu ochrony jego stanu posiadania ani nie wysuwa roszczenia zaprzestania naruszenia i zwrotu mojego świniaka czy naprawy szkód. Nie musi zawierać z kimś umowy, żeby doszło do tej osobliwej transakcji; samo jego działanie świadczy o tym, że zgadza się na pozbawienie go tej rzeczy. Podsumowując ten fragment, wypada stwierdzić, że to właściciel podejmuje decyzje czy dochodzi do naruszenia; do naruszenia dojdzie post factum także wtedy, jeśli właściciel wysunie roszczenie przeciwko owym wegetarianom-aktywistom. Brak tego roszczenia implikuje zgodę właściciela na zabranie mu świniaka.
      Jaka byłaby twoim zdaniem zgoda wyrażona explicite?
      I dlaczego nie przyjąć, że wszystkie działania wymierzone we własność Alberta bez uprzedniej jego zgody są naruszeniem prawa własności? Wydaje się logiczne mówić o tych rzeczach, które chcemy niż wymieniać n możliwości rzeczy, których nie chcemy.
      3) o naruszeniu prawa własności decyduje właściciel.
      jw. I gdyby przyjąć to rozumowanie, prawo własności zostałoby automatycznie zakwalifikowane jako naruszone, a sprawiedliwości mogłaby się domagać jego rodzina.
    1. Avatar mental
      mental -
      Zapraszam na forum lib.net - tylko tutaj Prawda nie leży pośrodku :)

      http://libertarianizm.net/thread-157....html#pid22042
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Zgoda wyrażona explicite byłaby w umowie.

      I dlaczego nie przyjąć, że wszystkie działania wymierzone we własność Alberta bez uprzedniej jego zgody są naruszeniem prawa własności?
      Słuszne pytanie. A moja odpowiedź będzie następująca: zgoda będzie wyrażona implicite (zgadzam się, bo nic nie robię, żeby zaradzić) i jest ona istotna ze względów procesowych, tj. wtedy, gdy ktoś dopuści się złamania prawa własności w warunkach braku zgody. Czyli jeśli ktoś nie działa w celu zaradzenia, to się zgadza. W przeciwnym razie, tj. przy założeniu braku zgody, będziemy mieć do czynienia z milionem umów regulujących każdą sprawę, np. czy mogę oddychać na Twoim terenie? czy mogę wejść do sklepu? czy mogę otworzyć okno w autobusie? Itd. Wszystkie te kwestia trzeba by spisać, żeby właściciel nie mógł od razu żądać odszkodowania za naruszenie własności, bo raptem zmienił zdanie.
      Mamy więc alternatywę: domniemanie zgody implikuje świat, w którym mogę wejść do sklepu bez podpisania umowy, że mogę; domniemanie braku zgody z kolei to świat, w którym zanim wejdę do sklepu podpisuję umowę, że mogę to zrobić. Dodatkowo, żeby podpisać tę pierwszą umowę, muszę zawrzeć jeszcze przed-umowę, dzięki której będę mógł zawrzeć tę właśnie umowę; kolejną przed-umowę1, żeby zawrzeć przed-umowę, itd. Świat umów jest więc logicznie niemożliwy, bo mamy ad infinitum.

      sprawiedliwości mogłaby się domagać jego rodzina
      Rodzina na jakiej podstawie?
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Słuszne pytanie. A moja odpowiedź będzie następująca: zgoda będzie wyrażona implicite (zgadzam się, bo nic nie robię, żeby zaradzić) i jest ona istotna ze względów procesowych, tj. wtedy, gdy ktoś dopuści się złamania prawa własności w warunkach braku zgody. Czyli jeśli ktoś nie działa w celu zaradzenia, to się zgadza. W przeciwnym razie, tj. przy założeniu braku zgody, będziemy mieć do czynienia z milionem umów regulujących każdą sprawę, np. czy mogę oddychać na Twoim terenie? czy mogę wejść do sklepu? czy mogę otworzyć okno w autobusie? Itd. Wszystkie te kwestia trzeba by spisać, żeby właściciel nie mógł od razu żądać odszkodowania za naruszenie własności, bo raptem zmienił zdanie.
      Teoretycznie tak, ale dla sprawnej interakcji mało kto zwracałby uwagę na takie szczegóły i stosowałby powszechnie domniemanie zgody w większości przypadków (bo to wygodniejsze), a w szczególnych przypadkach domniemanie niezgody. I nie chodzi o to, które sprawy byłyby rozpatrywane tak, a które inaczej, i żebym je wymieniał, tylko o to, że stosując nadrzędne domniemanie niezgody, w ogromnej większości przypadków i tak zapewne obowiązywałoby domniemanie zgody.

      Rodzina na jakiej podstawie?
      Na podstawie naruszenia prawa własności jej członka. Oczywiście, każdy mógłby żądać sprawiedliwości, ale dla uproszczenia i prawdopodobieństwa, przyjąłem że byłaby to rodzina.

      W takim razie jaką widzisz alternatywę wobec samoposiadania?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      stosowałby powszechnie domniemanie zgody w większości przypadków (bo to wygodniejsze), a w szczególnych przypadkach domniemanie niezgody
      Pytanie, które ma być domniemaniem prawnym. Któreś musi; implikacje znamy, oba są niefajne.

      Na podstawie naruszenia prawa własności jej członka
      Ale rodzina nie ma żadnych własnościowych praw do jej członka. Organizacja jak każda inna.

      W takim razie jaką widzisz alternatywę wobec samoposiadania?
      Alternatywą jest odrzucenie retoryki propertariańskiej.
    1. Avatar igorolech
      igorolech -
      Cytat Napisał Trikster Zobacz post
      Kluczowym dla mnie zagadnieniem jest również kwestia naruszenia prawa własności. Otóż zgodnie z propertarianizmem jedynie właściciel jako dysponent dobra może decydować czy doszło do naruszenia jego praw. Teraz, przenieśmy się oczami wyobraźni do propertariańskiego raju. Widzimy, że grupka wegetarian-aktywistów chce powstrzymać właściciela (któremu nadam imię Albert) od ubicia świniaka poprzez odebranie mu go. Wegetarianie-aktywiści naruszają prawa własności Alberta, jeśli nie życzę on sobie, żeby mu tego świniaka zabierano. Działanie wegetarian-aktywistów zatem będzie kradzieżą, jako że pozbawia go rzeczy, której jest właścicielem. Jednakże, jako właściciel Albert może wyrazić zgodę na to, żeby ktoś wszedł na jego teren i tego świniaka sobie wziął; jedynie on może tego dokonać, jeśli zrobi to ktoś inny może ponieść konsekwencje naruszenia jego własności. Jego zgoda nie musi być jednak wyrażona explicite; oznacza to, że, jeśli nie ma nic przeciwko zabraniu mu świniaka, to po prostu nie podejmuje działań w celu ochrony jego stanu posiadania ani nie wysuwa roszczenia zaprzestania naruszenia i zwrotu mojego świniaka czy naprawy szkód. Nie musi zawierać z kimś umowy, żeby doszło do tej osobliwej transakcji; samo jego działanie świadczy o tym, że zgadza się na pozbawienie go tej rzeczy. Podsumowując ten fragment, wypada stwierdzić, że to właściciel podejmuje decyzje czy dochodzi do naruszenia; do naruszenia dojdzie post factum także wtedy, jeśli właściciel wysunie roszczenie przeciwko owym wegetarianom-aktywistom. Brak tego roszczenia implikuje zgodę właściciela na zabranie mu świniaka.

      Wszystko fajnie, ale trzeba by wreszcie przejść do tematu przewodniego tego wpisu. Mowa o morderstwie. Wyobraźmy sobie, że rzeczona grupka wegetarian-aktywistów nie tylko porywa świniaka, ale także pozbawia życia właściciela, który postanowić potraktować ich strzelbą. Coś mu nie wyszło i pożegnał się z tym padołem łez. Każdemu propertarianowi powinna się teraz zapalić czerwona, socjalistyczna lampka: wegetarianie-aktywiści dopuścili się naruszenia prawa własności ciała właściciela, tj. naruszyli jego prawo samoposiadania. Niestety, w tym właśnie momencie powstają rozliczne problemy. Trzeba sobie zadać pytanie: czyja własność została naruszona? Pomijając kwestię świniaka jako drugorzędną, skoncentrujmy się na samoposiadaniu właściciela (tak, wiem, brzmi pięknie). Jeśli dochodzi do naruszenia prawa własności, to należałoby dowiedzieć się czyjego prawa własności. Przyjrzyjmy się więc, jaką odpowiedź mogą dać wspomniane dwie grupy propertarian.
      Czy w takim razie jeśli napada mnie grupa bandytów, którzy chcą moich rzeczy i nie protestuję bo nie chcę dostać w dziób (co byłoby naruszeniem mojego prawa do samoposiadania), to znaczy, że nie mam nic przeciwko napadom na mnie? Nie jestem, co prawda, hardkorowym propertarianinem ani nawet nie popieram tego kultu własności posuniętego do extremum, ale wydaje mi się, że mamy tu do czynienia ze znaczącym błędem w tym rozważaniu.
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Pytanie, które ma być domniemaniem prawnym. Któreś musi; implikacje znamy, oba są niefajne.
      Obecne prawo chyba nie jest aż tak ściśle skonstruowane jakbyś tego wymagał, a jakoś działa (chyba, że się mylę?).

      Ale rodzina nie ma żadnych własnościowych praw do jej członka. Organizacja jak każda inna.
      A czemu musi mieć?

      Alternatywą jest odrzucenie retoryki propertariańskiej.
      No i jak już ją odrzucisz, to jak rozwiążesz ten dylemat?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      igorolech:
      to znaczy, że nie mam nic przeciwko napadom na mnie?
      Nie będziesz mieć, jeśli nie tylko nie będziesz protestować, ale też nie wysuniesz później roszczenia w sądzie.

      duch:
      Obecne prawo chyba nie jest aż tak ściśle skonstruowane jakbyś tego wymagał
      Aż tak ściśle? :) Jest.

      A czemu musi mieć?
      Bo w propertarianizmie wszystko sprowadza się do prawa własności. Skoro członkowie Twojej rodziny nie mają prawa do Twojej osoby, to nie mogą domagać się sprawiedliwości, jak to ujmujesz.

      No i jak już ją odrzucisz, to jak rozwiążesz ten dylemat?
      Jak ją odrzucę, to dylematu brak. :) Tylko mój libertarianizm jakiś taki rozrzedzony jest, więc nie jestem odpowiednią osobą do odpowiedzi na pytanie.
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Nie będziesz mieć, jeśli nie tylko nie będziesz protestować, ale też nie wysuniesz później roszczenia w sądzie.
      A jeżeli nie wysunie, bo zostanie zastraszony, to wg ciebie oznacza to w dalszym ciągu, że nie będzie mieć nic przeciwko napadom na niego?

      Bo w propertarianizmie wszystko sprowadza się do prawa własności. Skoro członkowie Twojej rodziny nie mają prawa do Twojej osoby, to nie mogą domagać się sprawiedliwości, jak to ujmujesz.
      Zawsze można zmodyfikować propertarianizm na jakiś neopropertarianizm :)

      Jak ją odrzucę, to dylematu brak. :)
      Wiedziałem, że tak napiszesz
      Ale jak dylematu brak, skoro te kwestie i tak trzeba jakoś uregulować?

      Tylko mój libertarianizm jakiś taki rozrzedzony jest, więc nie jestem odpowiednią osobą do odpowiedzi na pytanie.
      Czyli nie masz opracowanej alternatywy?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      A jeżeli nie wysunie, bo zostanie zastraszony, to wg ciebie oznacza to w dalszym ciągu, że nie będzie mieć nic przeciwko napadom na niego?
      Jeśli nie właściciel, to kto ma o tym decydować i na jakiej podstawie?
      Czyli odpowiadając na pytanie: tak.

      Zawsze można zmodyfikować propertarianizm na jakiś neopropertarianizm
      Pewnie, ale to już zdeczka inny temat. :)

      Ale jak dylematu brak, skoro te kwestie i tak trzeba jakoś uregulować?
      Propertarianizm abstrahuje od społeczności, a moim zdaniem najlepiej kwestie te pozostawić społeczności.

      Czyli nie masz opracowanej alternatywy?
      Nie, bo nie mam swojej wizji społeczności. Krytykować łatwiej.
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Jeśli nie właściciel, to kto ma o tym decydować i na jakiej podstawie?
      Czyli odpowiadając na pytanie: tak.
      Ależ w dalszym ciągu mógłby być to właściciel. Jednak fakt braku wysunięcia roszczeń czy obrony jeszcze nie są wystarczające do stwierdzenia, że ktoś na coś się godzi, a jedynie na fakt, że ten ktoś może nie mieć wystarczającej mocy, by przeciwdziałać temu, na co się nie godzi.

      Propertarianizm abstrahuje od społeczności, a moim zdaniem najlepiej kwestie te pozostawić społeczności.
      Tzn.?

      Nie, bo nie mam swojej wizji społeczności. Krytykować łatwiej.
      Ano pewnie. Jak Proudhon. :)
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Jednak fakt braku wysunięcia roszczeń czy obrony jeszcze nie są wystarczające do stwierdzenia, że ktoś na coś się godzi, a jedynie na fakt, że ten ktoś może nie mieć wystarczającej mocy, by przeciwdziałać temu, na co się nie godzi
      Spoko, załóżmy, że tak może być. Co z tym fantem poczniesz? Jeśli zdecydujesz, że jednak doszło do naruszenia, to stawiasz się w pozycji jakiegoś superwłaściciela, a więc przeczysz własności pod pozorem jej obrony. No i mamy sprzeczność. Jeśli uznamy, że to właściciel ma wyłącznie prawo podejmowania decyzji w tym przypadku, żadnej sprzeczności nie ma, ale są za to implikacja takie, jak opisałem.

      Tzn.?
      Tzn. w propertarianizmie wspólnota nie ma żadnych praw, które nie wynikają z praw jednostek. W związku z tym, rozwiązanie tego problemu może nastąpić tylko na skutek działania jednostek. Ja zrywam z tym podejściem na rzecz czegoś w stylu komunitaryzmu; a nawet jeśli nie będzie to komunitaryzm, to na pewno bliskie to będzie Rorty'emu, czyli liberałowi z ciągotami wspólnotowymi.

      Ano pewnie. Jak Proudhon
      Choć właśnie nie tyle nie mam wizji pozytywnej, co przekonują mnie rozliczne wizje różnych filozofów. Jednakże, filozofowie propertariańscy nie zaliczają się do tego grona.
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Tzn. w propertarianizmie wspólnota nie ma żadnych praw, które nie wynikają z praw jednostek. W związku z tym, rozwiązanie tego problemu może nastąpić tylko na skutek działania jednostek. Ja zrywam z tym podejściem na rzecz czegoś w stylu komunitaryzmu; a nawet jeśli nie będzie to komunitaryzm, to na pewno bliskie to będzie Rorty'emu, czyli liberałowi z ciągotami wspólnotowymi.
      Czyli jednostki mają pozostać na łasce wspólnoty przy decydowaniu o tym czy zostało naruszone prawo jednostki? I czym byłaby ta wspólnota? Zawsze można powiedzieć, że każda jednostka egzystuje w danej społeczności, ale jednocześnie społeczność to zbiór jednostek. Nie ma żadnego rozumnego bytu jak społeczność, tylko za nią będzie stała grupa osób. Tak że to wciąż jednostki będą o czymś decydować. Z tą różnicą, że nie każdy za siebie, ale mniejsza grupa osób o większej grupie osób. Dziwię się, że wspominasz o propertariańskich dylematach, skoro w tych niepropertariańskich istnieją wręcz podobne i już ci to chyba nie przeszkadza.
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      To już zupełnie inny temat. :) Chodzi o to, że rozwiązania dylematów podjęte przez liberałów z jednej i komunitarian z drugiej są zdecydowanie ciekawsze i nie borykają się z takimi idiotyzmami, jak opisywany tutaj. Bo to przecież idiotyzm, inaczej tego nazwać nie da się. Jeśli chcesz, mogę Cię odesłać do książek, które poruszają te zagadnienia, ale teksty na blogu smootnego powinny dać Ci całkiem niezły ogląd.
    1. Avatar Balcerek
      Balcerek -
      Cytat Napisał Trikster Zobacz post
      Brak tego roszczenia implikuje zgodę właściciela na zabranie mu świniaka.
      co rozumiesz przez brak roszczenia? To że nie poszedł na policje i nie zawiadomił o kradzieży?
      Czy jeśli ukradną mi 20 zł i nie będę wiedział kto to zrobił nie będzie mi się chciało chodzi na policję, nie będę widział najmniejszych szans na odzyskanie tych pieniędzy to znaczy że uznaje że kradzieży nie było?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Z prawnego punktu widzenia: tak; faktycznie: nie interesuje mnie to.
    1. Avatar smootnyclown
      smootnyclown -
      Cytat Napisał Trikster Zobacz post
      Chodzi o to, że rozwiązania dylematów podjęte przez liberałów z jednej i komunitarian z drugiej są zdecydowanie ciekawsze i nie borykają się z takimi idiotyzmami, jak opisywany tutaj. Bo to przecież idiotyzm, inaczej tego nazwać nie da się. Jeśli chcesz, mogę Cię odesłać do książek, które poruszają te zagadnienia, ale teksty na blogu smootnego powinny dać Ci całkiem niezły ogląd.
      jestem zaszczycony
    1. Avatar OmegaDoom
      OmegaDoom -
      Albert jako swój właściciel nie może zatem stwierdzić czy doszło do naruszenia jego prawa, czy też nie. I zgodnie z zarysowanym wcześniej domniemaniem zgody, stwierdzić trzeba, że w przypadku morderstwa nie ma poszkodowanego z tego względu, że ewentualny poszkodowany nie zgłasza roszczenia o zaprzestanie naruszania jego prawa;
      A skąd pomysł, że sprzeciw musi być wyrażony po fakcie? Równie dobrze Albert może wcześniej stwierdzić, że nie życzy sobie być mordowanym i ustanowić wykonawce swoich roszczeń z tego tytułu.
    1. Avatar Duch
      Duch -
      Cytat Napisał OmegaDoom Zobacz post
      A skąd pomysł, że sprzeciw musi być wyrażony po fakcie? Równie dobrze Albert może wcześniej stwierdzić, że nie życzy sobie być mordowanym i ustanowić wykonawce swoich roszczeń z tego tytułu.
      Racja. Zawsze można ustalić z góry wykonawcę roszczeń w razie niemożności samodzielnego dochodzenia swoich praw. Czy to nie rozwiązuje dylematu?
    1. Avatar JK
      JK -
      Wróciłbym jeszcze do sprawy domniemania zgody bądź niezgody na korzystanie z własności. Trikster - napisałeś, że zgoda wyrażana jest implicite poprzez brak reakcji. Jednym z argumentów były względy procesowe oraz niemożność aplikacji drugiego systemu (zgody wyrażanej za każdym razem explicite). Mogę się zgodzić, ale tylko połowicznie. Jeżeli właściciel ma możliwość dokonania reakcji, to uznanie domniemania zgody jest uzasadnione (i tak pewnie wyglądałaby praktyka). Jednak w przypadkach, w których właściciel traci tą możliwość (np. śmierci, stanu permanentnej śpiączki, utraty zmysłów itp.), a my jako obserwatorzy nie jesteśmy w stanie wydedukować, czy by się jej (reakcji) podjął, właściwym rozwiązaniem jest przyjęcie, że jeśli zgoda nie została udzielona explicite, to po prostu jej nie było. Jest to zgodne z ideą ochrony praw własności. Podstawowym celem jest zawsze realizacja woli właściciela. Jeśli może być ona wyrażona za pomocą braku reakcji, będącym wyborem właściciela, to jest to zgodne z tym celem. Jednak przyjęcie tego samego systemu w przypadku, gdy właściciel nie jest w stanie dokonać reakcji, jest z celem sprzeczne. W tym wypadku należy stosować domniemanie, że właściciel nie wyraził zgody na naruszenie/korzystanie z jego własności.