Krzysztof Śledziński: Paradoksy samoposiadania, czyli dlaczego propertarianie są za masowymi mordami
przez
Opublikowany 13-07-2011 17:28
Wszystkie misie polarne wiedzą, że libertarianizm własnościowy, czasem zwany propertarianizmem, opiera się na wyraźnie osadzonych w rzeczywistości (nieszczególnie), bezsprzecznych (że jak?) i jakże jasnych (łohoho) aksjomatach, z których na pierwszy plan wysuwa się samoposiadanie. Założenie to głosi, że każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała czy też ogólnie samego siebie, tj. że to on może być jedynym dysponentem dobra, jakim jest jego ciało. Nikt inny poza nim nie może podjąć decyzji, żeby skosić trawnik czy podlać kwiatki. Ujmując słowami bardziej adekwatnymi dla poruszanej kwestii, założenie to jest potrzebne w korpusie poglądów propertariańskich jako uzasadnienie instytucji własności. Paru dość łebskich propertarian zauważyło bowiem, że nie będą mogli prowadzić agitki na rzecz ostoi ludzkiej cywilizacji – prawa własności – jeśli nie uda im się oprzeć własności na filozoficznie spójnym fundamencie. Fundamentem tym jest samoposiadanie. Tekst ten nie jest więc przeznaczony dla tych, którzy samoposiadanie odrzucają; niemniej jednak również oni będą musieli, jeśli są propertarianami, odpowiedzieć na pytanie: skąd bierze się własność? Ale do rzeczy.
Najpierw trochę historii czy też wstępu środowiskowego. Wśród propertarian wyodrębniły się dwie grupy, które wyróżnia podejście do materii samoposiadania. Pierwsza z nich uznaje, że samoposiadania nie można się zrzec, tj. jest ono wartością niezbywalną i nie można jej przenieść na inną osobę. Druga, a contrario, stoi na stanowisku, że prawem własności swojego ciała, jak każdym innym prawem własności, można dowolnie dysponować, a więc można także przepisać je na innego człowieka.
Kluczowym dla mnie zagadnieniem jest również kwestia naruszenia prawa własności. Otóż zgodnie z propertarianizmem jedynie właściciel jako dysponent dobra może decydować czy doszło do naruszenia jego praw. Teraz, przenieśmy się oczami wyobraźni do propertariańskiego raju. Widzimy, że grupka wegetarian-aktywistów chce powstrzymać właściciela (któremu nadam imię Albert) od ubicia świniaka poprzez odebranie mu go. Wegetarianie-aktywiści naruszają prawa własności Alberta, jeśli nie życzę on sobie, żeby mu tego świniaka zabierano. Działanie wegetarian-aktywistów zatem będzie kradzieżą, jako że pozbawia go rzeczy, której jest właścicielem. Jednakże, jako właściciel Albert może wyrazić zgodę na to, żeby ktoś wszedł na jego teren i tego świniaka sobie wziął; jedynie on może tego dokonać, jeśli zrobi to ktoś inny może ponieść konsekwencje naruszenia jego własności. Jego zgoda nie musi być jednak wyrażona explicite; oznacza to, że, jeśli nie ma nic przeciwko zabraniu mu świniaka, to po prostu nie podejmuje działań w celu ochrony jego stanu posiadania ani nie wysuwa roszczenia zaprzestania naruszenia i zwrotu mojego świniaka czy naprawy szkód. Nie musi zawierać z kimś umowy, żeby doszło do tej osobliwej transakcji; samo jego działanie świadczy o tym, że zgadza się na pozbawienie go tej rzeczy. Podsumowując ten fragment, wypada stwierdzić, że to właściciel podejmuje decyzje czy dochodzi do naruszenia; do naruszenia dojdzie post factum także wtedy, jeśli właściciel wysunie roszczenie przeciwko owym wegetarianom-aktywistom. Brak tego roszczenia implikuje zgodę właściciela na zabranie mu świniaka.
Wszystko fajnie, ale trzeba by wreszcie przejść do tematu przewodniego tego wpisu. Mowa o morderstwie. Wyobraźmy sobie, że rzeczona grupka wegetarian-aktywistów nie tylko porywa świniaka, ale także pozbawia życia właściciela, który postanowić potraktować ich strzelbą. Coś mu nie wyszło i pożegnał się z tym padołem łez. Każdemu propertarianowi powinna się teraz zapalić czerwona, socjalistyczna lampka: wegetarianie-aktywiści dopuścili się naruszenia prawa własności ciała właściciela, tj. naruszyli jego prawo samoposiadania. Niestety, w tym właśnie momencie powstają rozliczne problemy. Trzeba sobie zadać pytanie: czyja własność została naruszona? Pomijając kwestię świniaka jako drugorzędną, skoncentrujmy się na samoposiadaniu właściciela (tak, wiem, brzmi pięknie). Jeśli dochodzi do naruszenia prawa własności, to należałoby dowiedzieć się czyjego prawa własności. Przyjrzyjmy się więc, jaką odpowiedź mogą dać wspomniane dwie grupy propertarian.
Pierwsza ma w ogóle przechlapane. Fakty są takie, 1) że Albert został zamordowany, 2) że prawa samoposiadania nie można przepisać na inną osobę oraz 3) o naruszeniu prawa własności decyduje właściciel. Szkopuł w tym, że właściciela ciała Alberta, czyli samego Alberta, nie ma; znaczy się, Albert, który był dysponentem swojego ciała aż do momentu, w którym pozbawiono go życia, został fizycznie unicestwiony. Albert jako swój właściciel nie może zatem stwierdzić czy doszło do naruszenia jego prawa, czy też nie. I zgodnie z zarysowanym wcześniej domniemaniem zgody, stwierdzić trzeba, że w przypadku morderstwa nie ma poszkodowanego z tego względu, że ewentualny poszkodowany nie zgłasza roszczenia o zaprzestanie naruszania jego prawa; wynika więc z tego, że wyraża zgodę na bycie zamordowanym. Nie jest wcale istotne, że Albert nie tyle nie wyraża sprzeciwu, co wyrazić go nie może; nawet gdyby tak było, to niemożność cesji samoposiadania skutecznie uniemożliwia dochodzenie sprawy w sądzie. Jasne, zawsze można by dowodzić, że roszczenie wysunie rodzina; lecz rodzina na gruncie tego podejścia nie posiada żadnego prawa do ciała Alberta, jako że prawa samoposiadania nie można przepisać na kogoś innego. Sprawa zamknięta, morderstwo przestępstwem bez ofiary.
Druga grupa może pozwolić sobie na więcej, ma też większe pole do popisu dzięki pozostawieniu swobody zrzeczenia się samoposiadania. Fakty są w tym przypadku następujące: 1) Albert został zamordowany, 2) samoposiadanie można przepisać na inną osobę, 3) o naruszeniu prawa własności decyduje właściciel, 4) właścicielem danej osoby nie zawsze jest ta sama osoba (co wynika z faktu nr 2). Wyróżnić trzeba dwie sytuacje: Albert nie przepisał prawa własności swojej osoby na kogoś innego oraz Albert przepisał prawo własności swojej osoby na kogoś innego. Pierwsza sytuacja będzie miała identyczny przebieg i takie samo zakończenie, co omawiana powyżej sprawa, w której w ogóle nie może dojść do cesji prawa samoposiadania. Zgoła inaczej będzie w drugim przypadku. Jeśli faktycznie Albert przepisał prawo własności swojego ciała na kogoś innego, powiedzmy na Zenona, to nie Albert jest swoim właścicielem, lecz to Zenon jest właścicielem Alberta. Oczywistą implikacją tego stanu rzeczy jest to, że to Zenon jest władny przedstawić roszczenie o zaprzestanie naruszenia i naprawę szkody (bo morderstwa Alberta nie możemy uznać za nic innego, jak naruszenia czyjegoś prawa własności). Sprawa rozwiązana, Zenon wygrywa sprawę w sądzie (czy też zabija wegetarian-aktywistów w ramach uprawnionego odwetu, jak sobie chcecie).
Nie ma żadnych przeszkód, żeby tak właśnie wyglądało propertariańskie społeczeństwo. Podejście to boryka się jednak z dwoma odrębnymi problemami. Pierwszy jest natury dowodowej: Zenon musi udowodnić, że jest on właścicielem Alberta, co może nastręczać pewnych trudności. Co oczywiste, najprościej byłoby, gdyby Zenon posiadał umowę, w której Albert zrzeka się swojego samoposiadania na rzecz Zenona; sprawa byłaby wtedy jasna. W przeciwnym razie, np. wtedy, gdy umowa cesji samoposiadania była ustna, Zenon nie będzie miał tak łatwo, bo, jak wiadomo, dowód ustny ma mniejszą wartość niż dowód pisemny. Problem numer dwa jest typowo historyczny: propertarianin nie może, na gruncie przyjmowanych przez siebie przesłanek, potępiać zbrodni dokonywanych w przeszłości. Wynika to z faktu, że dawno temu (a nawet teraz) ludzie nie zawierali umów, w których przepisywaliby prawo samoposiadania na kogoś innego. Ma to ten oczywisty skutek, że morderstwa będą, spoglądając w historię, uprawnione, jako że nikt nie stanowił własności kogoś innego, a więc nikt nie może wysunąć roszczenia o naprawienie szkody. Jedynie bowiem właściciel może stwierdzić, że doszło do naruszenia jego prawa; jako że właściciela nie ma z powodu jego fizycznego uzasadnienia, to będzie dość oczywiste, że nie stwierdzi on, że doszło do naruszenia jego prawa własności. Nie dotyczy to, rzecz jasna, niewolników; w ich przypadku sprawa jest prostsza, lecz tutaj, znowu, natrafiamy na przeszkody dowodowe; trzeba bowiem zadać sobie pytanie: na jakiej podstawie właściciel niewolnika jest jego właścicielem?
No to tyle.
Wiadomość