Jak zwykle po ogólnopolskich testach, czy to gimnazjalnych, czy po maturach, w mediach zrobiło się na ten temat niezwykle głośno. Oto bowiem wczoraj nasi ukochani gimnazjaliści, kwiat przyszłej elity tego narodu, pisał humanistyczną – pierwszą z trzech – część owego sprawdzenia wiedzy zdobytej przez nich przez ostatnie trzy, pełne ciężkiej pracy, lata. Tradycyjnie nie mogło obejść się bez kontrowersji, co ze smutkiem można zaobserwować na portalach społecznościowych w rodzaju Facebooka, gdzie młodzież dumnie klika „Lubię to!” pod stronami wyrażającymi swoje rozczarowanie tym, że miast testu humanistycznego dostali test historyczny (o tym później), oraz nasze ukochane media polskojęzyczne, w rodzaju Gazety Wyborczej i jej serwisu gazeta.pl, na którym znalazłem coś, co mnie zainspirowało do wyrażenia swojego zdania.
W dramatycznym w swojej treści artykule pani Olgi Szpunar zatytułowanym „Po egzaminie gimnazjalnym. Feralne słówko: póki” przeczytać możemy zapierającą dech w piersiach historię gimnazjalistów, którzy właśnie przegrali swoje życie i nigdy nie będą tym, kim sobie być wymarzyli. O co chodzi? Ano o to, że zapewne wielu uczniów straciło punkty na pewnej drobnostce, ale jakże istotnej. W jednym zadaniu należało wskazać ile różnic jest między oryginalnym tekstem „Mazurka Dąbrowskiego”, a jego obecną wersją, czyli hymnem Rzeczpospolitej Polskiej. Ilość różnić to 4, ale gimnazjaliści odpowiadali, że 5 (dodając różnicę polegającą na zamianie słowa „kiedy” na słowo „póki”) i teraz protestują. Protestują, bo ich zdaniem zaważa to na ich dalszym losie i, że przez to, że odpowiadając na to pytanie źle zostaną gorzej potraktowani w rekrutacji i miast do liceum pójdą do szkoły zawodowej. Doprawdy niewyobrażalna tragedia.
Nie będę rozwodził się nad tym jak w rzeczywistości powinno się śpiewać. Sam śpiewam „póki” i jeżeli wierzyć artykułowi to śpiewa tak m.in. 80% posłów na Sejm RP. Nie jest to jednak w żaden sposób istotne dla tego, co się dopiero wydarzy. Według kolegów jednej z uczennic: „No, to teraz maszerujemy do zawodówki. Z punktami, jakie za niego pewnie dostaniemy, w dobrym liceum nas nie przyjmą.”. Jest to oczywisty nonsens i bzdura, nawet jeżeli uwzględnimy to, że oprócz dziwów z tekstem hymnu problem był również i z tekstem o patriotyzmie, oraz z ogólnym wydźwiękiem testu, który miał zamiast być humanistycznym był historycznym. Przejrzałem test – pytań z historii było „trochę”, może i nawet więcej niż w czasie gdy ja pisałem test gimnazjalny, chociaż z oczywistych powodów mogę ich nie pamiętać wystarczająco dobrze, ale nie były trudne. A nawet jeśli były, to co z tego? Paniczny strach przed niedostaniem się do wymarzonej szkoły średniej jest irracjonalny – każdy gimnazjalista pisał bowiem taki sam test, był on więc tak samo trudny. Jeżeli wiec ci, którzy nie dali sobie rady z tym z czym sobie rady nie dali, nie dostaną się tam gdzie by chcieli, to znaczyć będzie, że wystarczająca ilość osób napisała to jednak prawidłowo i sami sobie są winnymi. Było trzeba się uczyć. Jest też inna opcja – mogą się dostać bez problemu z tytułu tego, że ich rówieśnicy napiszą to co napisali tak samo beznadziejnie jak oni i przez to szkoły będą zmuszone do obniżania progów. Tzn. progi obniżą się naturalnie, bo z tego co zdążyłem zaobserwować – przyjmuje się tyle osób ile trzeba do wypełnienia zaplanowanych na kolejny rok szkolny klas, a nie tylko tych, którzy zdobyli ponad ileś tam punktów. Nie wiem jednak czy jako osoba odpowiedzialna za rekrutację przyjąłbym do swojej szkoły uczniów, którzy nie są w stanie sobie czegoś takiego wyobrazić.
Co złego jest jednak w szkole zawodowej, przed którą tak paniczny strach odczuwają opisywani powyżej gimnazjaliści? Z perspektywy czasu, gdy jestem niestety studentem, uważam, że miast iść do liceum mogłem iść do zawodówki i wcale złych efektów by to nie dało. Człowiek zarabiałby pieniądze, nie zdobywał raczej specjalnie dużej ilości wiedzy niepotrzebnej (co w liceum jest prawdziwą plagą, ale to temat na inny artykuł) ucząc się głównie tego, co praktyczne i potrzebne do wykonywania przyszłego zawodu. Zawodu być może nieskomplikowanego (rzeźnik-wędliniarz? Malarz? Stolarz?), ale raczej pewnego i przy tym potrzebnego w naszym społeczeństwie. Na pewno bardziej niż kolejny psycholog, socjolog, czy politolog. Po co studiuję? Po to by mieć pracę i realizować coś, co mgliście możemy określić jako „marzenia”. Do tego potrzebne są pieniądze. Proste.
Społeczeństwo jednak z niejasnych powodów wypycha wszystkich na studia, gdzie kreowani są bezrobotni (nie tylko! Nie generalizuję, przedstawiam jednak pesymistyczną wersję świata, są jednak i tacy studenci, którzy i po najdurniejszym kierunku są w stanie znaleźć pracę – takich nam trzeba!) intelektualiści. A do zawodówki strach iść. Bo modniej studiować stosunki zagraniczne niż pracować fizycznie. Bo praca fizyczna jest dla ludzi prostych, nie dla współczesnej skomplikowanej i alternatywnej młodzieży. Bo do zawodówek idą społeczne odpady, bo w zawodówkach jest gorszy klimat, bo w zawodówkach młodzież jest wulgarna i niewychowana. Porównywając jednak obraz szkół zawodowych z liceami te pierwsze nie wypadają wcale specjalnie gorzej. Kwestia odpowiedniego przypatrzenia się, temu co się dzieje, a nie bazowania na stereotypach.
Poza tym – na Boga! – czy naprawdę każdy musi w życiu być sławnym pisarzem, poetą, sportowcem, biznesmenem, dyplomatą, dziennikarzem, czy sam nie wiem kim jeszcze? Skąd ten chory pęd na takie ambicje i przekonanie, że sama szkoła, dyplom magistra, nam do tego wystarczy? I gdzie to się zaczyna, kto tak kieruje umysłami młodych?
boyar.salon24.pl
seul- 14-04-2011, 09:08seul- 14-04-2011, 18:06seul- 14-04-2011, 19:28seul- 14-04-2011, 20:00Wiadomość