• Kevin Carson: Prymitywna akumulacja i powstanie kapitalizmu

    Poniższy fragment stanowi część rozdziału 4 z książki Kevina Carsona "Studies in Mutualist Political Economy".

    We Wstępie do Części Drugiej odnieśliśmy się do „dziecięcej bajki” prymitywnej akumulacji, służącej kapitalistom przez wiele lat jako legitymizujący mit. W rzeczywistości, apologeci kapitalizmu przywołują ją tylko wtedy, gdy nie mogą jej uniknąć. Zdecydowanie częściej uznają dystrybucję własności i władzy po prostu jako daną. Ich najbardziej popularny argument standardowo zaczyna się od stwierdzenia niekwestionowanego faktu, iż część ludzi po prostu posiada środki produkcji, a pozostali potrzebują dostępu to tych środków, żeby przeżyć. Z tego wynika, że, skoro właściciele kapitału są tak mili, że „zapewniają” te „czynniki produkcji” na użytek siły roboczej, są oni upoważnieni do sprawiedliwej rekompensaty za ich „usługi” czy „nieprzeszkadzanie”.

    Nieadekwatność tego podejścia ujawnia się po najbardziej nawet powierzchownej analizie. Apologeta państwowego socjalizmu może równie dobrze powiedzieć zwolennikowi wolnego rynku, że nie miałby on pracy, gdyby państwo jej nie „zapewniało”. Apologeta gospodarki feudalnej może w ten sam sposób strofować niewdzięcznego chłopa, że cała jego praca nie przyniosłaby mu żadnych korzyści bez dostępu do ziemi, „zapewnianej” wspaniałomyślnie przez pana feudalnego. Pozostaje pytanie: w jaki sposób ci, którzy kontrolują środki produkcji, doszli do sprawowania tej kontroli? Oppenheimer, krytykując Marshalla, wskazał, że owocność każdej dyskusji o prawach rządzących dystrybucją produkcji zależy od analizy „pierwotnej dystrybucji czynników produkcji”.

    Jednakże, w przypadku, gdy apologeci kapitalizmu muszą odnieść się do tego pytania, zawsze próbują ratować się wspomnianą wyżej bajeczką dla dzieci, według której obecne podziały klasowe wyrosły naturalnie z „pierwotnego stanu równości (...) z powodu nie innego, jak występowanie u niektórych ludzi cnoty, oszczędności i przezorności”. Nie ma w tym procesie „żadnej pozaekonomicznej siły”.

    Marks twierdził, że legenda prymitywnej akumulacji była pewną wariacją na temat bajki o mrówce i koniku polnym:
    W czasach dawno minionych były dwa rodzaje ludzi: jedni to pracowita, inteligentna i, ponad wszystko, skromna elita; drudzy, leniwe łobuzy, wydające majątek, i nie tylko, na żywiołowe życie. (...) Stąd stało się, że pierwsi akumulowali bogactwo, a drudzy nie mieli nic do sprzedania poza swoimi ciałami. I z tego pierwotnego grzechu wywodzi się bieda większości, posiadającej tylko swoją pracę, i bogactwo nielicznych, których majątek pomnaża się pomimo tego, że oni sami przestali dawno pracować. Tę głupawą dziecinność każdego dnia wychwala się w obronie własności. (...) Notoryczną cechą współczesnej historii jest to, że podbój, niewolnictwo, rabunek, morderstwa, krótko – przemoc, stanowią jej ogromną część.
    Być może Engels powinien był nazwać swoje dzieło Anty-Marx, zamiast Anty-Dühring.

    Oppenheimer również opowiedział tę pouczającą bajkę, na dodatek w języku bliskim Marksowi. Jednakże, jako że Oppenheimer był wolnościowym socjalistą jak Hodgskin i Tucker, nie musiał wstydzić się (w przeciwieństwie do Marksa i Engelsa) implikacji porzucenia burżuazyjnej bajeczki.

    W dalekiej, wielkiej i żyznej krainie, pewna liczba wolnych mężczyzn, równych statusem, utworzyła związek wzajemnej ochrony. Stopniowo dzielili się oni na klasy własnościowe. Ci, którym natura nie poskąpiła siły, wiedzy, zdolności oszczędzania, pracowitości i spostrzegawczości, powoli zdobywali większą liczbę ruchomości i nieruchomości; podczas gdy głupsi i mniej efektywni, i ci, którzy poddali się nieuwadze i marnotrawstwu, pozostali bez własności. Ci, którym się powiodło pożyczali swoją własność mniej zamożnym w zamian za trybut – rentę odrobkową lub czynsz, i stawali się coraz bogatsi, gdy pozostali na zawsze pozostali biednymi. (...) Prymitywny stan wolnych i równych stał się państwem klasowym, dzięki niezmiennemu prawu rozwoju, ponieważ w każdej możliwej grupie ludzi, jak można bez trudu zauważyć, znajdą się silni i słabi, sprytni i głupi, uważni i marnotrawiący.
    Ten ahistoryczny mit przetrwał do XX wieku, wciąż żyje i ma się dobrze – i tak pozostanie; przynajmniej do czasu aż obali się go historycznie. Mises w Ludzkim działaniu napisał:

    Właściciele fabryk nie mieli możliwości, by kogokolwiek zmusić do podjęcia pracy w swoich zakładach. Mogli jedynie zatrudnić tych, którzy chcieli pracować za określoną płacę. Choć wynagrodzenia były niskie, to i tak znacznie przewyższały to, co owi biedacy mogli zarobić w inny sposób.
    Ilustracją tego zjawiska niech będą liczne artykuły w The Freeman: Ideas on Liberty, odbrązawiające „mit” mrocznych, szatańskich fabryk i przedsiębiorstw wyzyskujących robotników w Trzecim Świecie. Artykuły te jednogłośnie przyjmują, iż pracownicy uznali je za lepsze od „pozostałych alternatyw”:

    Ale czy „nisko zarabiającym, niezwiązkowym” robotnikom w Ekwadorze powodzi się lepiej, gdy pracują oni dla zagranicznych korporacji? Z całą pewnością tak właśnie uważają, inaczej pozostaliby przy tym, co robili wcześniej (Czy ty zostawiłbyś swoją pracę na rzecz gorzej płatnej i z gorszymi warunkami pracy?) [Barry Loberfeld, A Race to the Bottom, lipiec 2001]

    Ludzie ustawiają się w kolejkach, gdy amerykańskie firmy otwierają fabrykę w Chinach, Indonezji czy Malezji. Dzieje się tak pomimo tego, że płace są niskie jak na amerykańskie standardy, jako że miejsca pracy tworzone w takich fabrykach należą do najlepszych w tych gospodarkach. [Russel Roberts, The Pursuit of Happiness: Does Trade Exploit the Poorest of the Poor?, wrzesień 2001]

    Rewolucja Przemysłowa umożliwiła tym ludziom, którzy nie mieli nic do zaoferowania rynkowi, sprzedawanie swojej pracy kapitalistom w zamian za płacę. W ten sposób mogli oni w ogóle przetrwać. (...) Jak argumentuje Mises, sam fakt, że ludzie zgadzali się na pracę w tych fabrykach wskazuje, iż ta praca, jakkolwiek odrażająca dla nas, stanowiła najlepszą możliwość, jaką mieli. [Thomas E. Woods Jr, A Myth Shattered: Mises, Hayek, and the Industrial Revolution, listopad 2001]

    W dziewiętnastowiecznej Ameryce aktywizm sprzeciwiający się wyzyskiwaniu pracowników koncentrował się głównie na krajowych fabrykach, zatrudniających biednych imigrantów. Chociaż warunki były straszne, firmy te zapewniały zarobek najmniej wykwalifikowanym. Ci, którzy tam pracowali, uznali to za najlepszą decyzję, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe wybory.
    (...)
    Faktem jest, że zarobki robotników w państwach rozwijających się są skandalicznie niskie w porównaniu do zarobków w Ameryce, a warunki pracy są niezgodne z wrażliwością właściwą bogatemu, uprzemysłowionemu Zachodowi. Jednakże, wszędzie, od Ameryki Środkowej do południowo-wschodniej Azji, zauważyłem, że możliwości proponowane przez zagranicę są zwykle lepsze niż lokalne alternatywy. [Stephan Spath, The Virtues of Sweatshops, marzec 2002]
    Bajkę ową opowiedział również ostatnimi czasy Radley Balko. Określił on bowiem działające w Trzecim Świecie sweatshopy „najlepszą z najgorszych możliwych opcji zatrudnienia” dla pracowników7. Na przestrzeni paru dni, zdanie to rozpowszechniło się na „wolnorynkowej” (sic!) blogosferze, razem z licznymi komentarzami głoszącymi na przykład, że „sweatshopy zatrudniające niskopłatnych pracowników są zdecydowanie lepsze dla robotników w Trzecim Świecie niż następna najlepsza opcja”.

    Ta szkoła libertarianizmu ma wypisane na swoim banerze reakcyjny slogan: „them pore ole bosses need all the help they can get”. Dobrych i złych, w każdym politycznym zagadnieniu, można bardzo łatwo określić, odwracając hasło z Folwarku Zwierzęcego: „Dwie nogi dobrze, cztery nogi źleee". W każdym przypadku, tymi dobrymi, ofiarami progresywnego państwa, są bogaci i potężni. Źli z kolei to konsument i robotnik, działający w celu wzbogacenia się dzięki skarbowi państwa. Jednym z najbardziej bezczelnych przykładów tej tendencji jest obwołanie przez Ayn Rand wielkiego biznesu „uciskaną mniejszością”, a kompleksu militarno-przemysłowego „mitem”.

    Idealnym „wolnorynkowym” społeczeństwem jest dla tych ludzi, zdaje się, aktualnie funkcjonujący kapitalizm minus regulacyjne państwo dobrobytu: spotęgowana wersja dziewiętnastowiecznego kapitalizmu monopolistycznych baronów; albo nawet lepiej, społeczeństwo „zreformowane” przez takich jak Pinochet – Dionizos, dla którego Milton Friedman i Chicago Boys bawili się w Arystotelesa.

    Wulgarni libertarianie – apologeci kapitalizmu – używają terminu „wolny rynek” dość dwuznacznie: wydaje się, że mają oni problem z pamiętaniem, raz za razem, czy bronią obecnego kapitalizmu, czy wolnorynkowych zasad. Stąd otrzymujemy standardowe pomieszanie pojęć w artykułach w „The Freeman”, gdzie jeden z autorów twierdzi, iż bogaci nie mogą stać się bogatymi na koszt biednych, ponieważ wolny rynek nie działa w ten sposób – implicite zakładając, że to jest wolny rynek. Kiedy wypomni się im to, niechętnie przyznają, że obecny system to nie wolny rynek i że państwo faktycznie sprzyja bogatym. Ale jeśli myślą, że może im to ujść na sucho, nie wahają się bronić bogactwa korporacji wykorzystując do tego „wolnorynkową retorykę”.

    Kapitalistyczny mit prymitywnej akumulacji nie może sprostać ani logice, ani źródłom historycznym; z obu tych stron został on zmiażdżony tak, że jego odbudowa jest niemożliwa. Oppenheimer zademonstrował, że taka akumulacja nie mogła się odbyć przy użyciu pokojowych środków. Eksploatacja nie mogła pojawić się w wolnym społeczeństwie w wyniku działania samego wolnego rynku.

    Dowód jest następujący: Wszyscy nauczyciele prawa naturalnego, etc., jednomyślnie stwierdzili, że podział na klasę posiadającą i nieposiadającą może mieć miejsce tylko wtedy, gdy cała żyzna ziemia została zajęta. Tak długo, jak człowiek posiada wystarczająco możliwości, żeby zająć nieokupowaną ziemię, „nikt”, mówi Turgot, „nie pomyślałby o służeniu innemu”; możemy dodać, „przynajmniej dla pensji, która zwykle nie przekracza zarobków niezależnego chłopa pracującego na niezadłużonej i dużej posesji”; zadłużanie się nie jest możliwe tak długo, jak ziemię można swobodnie zajmować i pracować na niej, tak jak w przypadku powietrza czy wody.
    (...)
    Filozofowie prawa naturalnego założyli zatem, że całkowite zajęcie ziemi musiało mieć miejsce całkiem wcześnie z powodu naturalnego przyrostu początkowo małej populacji. Wydawało im się, w ich czasie, czyli w osiemnastym wieku, że zdarzyło się to stulecia temu i dlatego naiwnie dedukowali funkcjonujące zgrupowanie klasowe z domniemanych warunków tego dawno minionego wydarzenia.
    Ale badając ten proces dokładniej, Oppenheimer doszedł do wniosku, że ziemia nie mogła zostać przejęta środkami naturalnymi czy ekonomicznymi. Nawet w XX wieku, a co więcej w Starym Świecie, ludzkość nie byłaby w stanie kultywować całej ziemi uprawnej.

    Jeśli, zatem, czysto ekonomiczne przyczyny będą kiedykolwiek w stanie spowodować podział na klasy poprzez wzrost liczebności pozbawionej własności klasy robotniczej, to czas tego jeszcze nie nadszedł; a krytyczny punkt, w którym własność ziemi wywoła naturalny niedobór zostanie odsunięty w daleką przyszłość – jeśli w ogóle kiedykolwiek nadejdzie.
    Ziemia była, zaiste, „okupowana” – ale nie dzięki środkom ekonomicznym i indywidualnej apropriacji poprzez uprawę. Została politycznie okupowana przez klasę rządzącą, działającą poprzez państwo.

    W rzeczywistości, w minionych wiekach, we wszystkich częściach świata, występowało państwo klasowe, z klasami posiadającymi na szczycie i nieposiadającymi klasami robotniczymi na samym dole, nawet gdy populacja była zdecydowanie mniej gęsta niż dzisiaj. Obecnie uznaje się za fakt, że państwo klasowe może pojawić się tylko wtedy, gdy wszystkie grunty zostały zajęte; a skoro pokazałem, że nawet dziś nie cała ziemia jest okupowana ekonomicznie, to znaczy, że została ona zajęta politycznie. Jako że ziemia nie mogła cechować się „naturalnym niedoborem”, niedobór musiał być jej przypisany „prawnie”. Oznacza to, że ziemia została zawłaszczona przez klasę rządzącą działającą na szkodę klasy poddanych, co udaremniło zasiedlenie ziemi w sposób ekonomiczny.
    Dowód na to zjawisko nie opiera się w żadnym razie tylko na argumentach dedukcyjnych. Polityczne zasiedlenie ziemi jest historycznym faktem, czego dowodzą choćby prace radykalnych historyków, takich jak J. L. i Barbara Hammond, E. G. Hobsbawm i E. P. Thompson.

    Kapitalizm, wyrastający bezpośrednio ze społeczeństwa wieków średnich jako społeczeństwo nowej klasy, oparty jest na akcie rabunkowym tak wielkim, jak wcześniejszy feudalny podbój ziemi. Utrzymuje się on przy pomocy nieustającej interwencji państwa chroniącej system przywilejów, bez których jego przetrwanie wykracza poza granice wyobraźni. Obecna struktura własności kapitału i organizacji produkcji w naszej tak zwanej gospodarce „rynkowej” odzwierciedla państwowy przymus poprzedzający rynek i zewnętrzny wobec niego. Od początku rewolucji przemysłowej, to, co nostalgicznie zwiemy laissez-faire jest systemem ciągłej państwowej interwencji subsydiującej akumulację, gwarantującej przywileje i utrzymującej dyscyplinę pracy.
    W skutek tego, największym subsydium, jakie otrzymał współczesny kapitalizm państwowy jest subsydium historii, dzięki któremu kapitał został początkowo zgromadzony w rękach niewielu, a robotnicy zostali pozbawieni dostępu do środków produkcji i zmuszeni sprzedawać swoją pracę na warunkach narzucanych przez kupującego. Obecny system skoncentrowanej własności kapitału i wielkoskalowej korporacyjnej organizacji jest bezpośrednim beneficjentem pierwotnej struktury władzy i własności, która utrzymywała się przez wieki.
    Ten artykuł powstał na podstawie tematu: Kevin Carson: Prymitywna akumulacja i powstanie kapitalizmu started by Trikster View original post
    Komentarze 21 Komentarze
    1. Avatar mental
      mental -
      Trikster, nie wklejaj tu fragmentów, tylko dawaj całość :)
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      To jest zajawka. Wiesz, trzeba budować napięcie.
    1. Avatar seul
      seul -
      Super. Czy przetłumaczysz całą książkę Carsona i zostanie wydana?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Tak, książka jest już w całości przetłumaczona, teraz robimy korektę ostatnich rozdziałów, a potem zobaczymy, co będzie.
    1. Avatar Azathoth
      Azathoth -
      fajnie jakby była wydana w formie papierowej ^^
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Jak rzucisz kasą, to będzie. :)
    1. Avatar Azathoth
      Azathoth -
      Jak wydacie za rozsądną cenę to kupię, tak w ciemno rzucać to mi się nie chce, lol
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      To nie marudź.
    1. Avatar mental
      mental -
      Nie ukrywam, że z niejakim napięciem wyczekuje przekładu książki Carson, chętnie wybuliłbym za nią kilkadziesiąt złotych, gdyby została wydana. Oryginał znam, ale zawsze fajnie mieć pod ręką przekład w rodzimym języku. Carson bezlitośnie powraca do tego, o czym wielu chciałoby zapomnieć albo wymazać z pamięci.

      W bardzo podobnym tonie jak Carson wypowiadał się jeden z moich ulubionych autorów, Erik von Kuehnelt-Leddihn. Tak opisywał on początku kapitalizmu w: Ślepy tor. Ideologia i polityka lewicy 1789-1984, rozdział: Rewolucja przemysłowa i socjaliści-romantycy:

      W pierwszej połowie XIX wieku w polityczno-społecznym mechanizmie Europy pojawiły się trzy nowe czynniki, które nieprzypadkowo miały wspólne dążenia: materializm, socjalizm-komunizm i proletariat przemysłowy. Ta nowa klasa, niekiedy nazywana nieprecyzyjnie czwartym stanem, była stanem robotników, składającym się w większości z chłopskich synów bez ziemi, głodujących rzemieślników, żebraków lub zubożałych mieszczan. Nie należy jednak sadzić, że rozwój proletariatu pomniejszył falę zubożenia. Prawdą jest raczej, że w średniowieczu, a także w wieku XVI standard życia warstw najniższych w żadnym wypadku nie był aż tak przeraźliwie niski. Posiadamy doskonale zachowane statystyki z tamtego okresu, np. u C. v. Vogelsanga, w których znajdziemy dane dotyczące terenów dzisiejszej Austrii, ale angielskie i francuskie dają nam bardzo zbliżony obraz sytuacji. Dawniej często dochodziło do dłuższych okresów głodu, lecz poziom życia warstw najniższych był wyższy niż na początku ery nowożytnej. Pogorszył się on do tego stopnia, że już w XVIII wieku i na początku XIX w sercu Europy niebezpiecznie spotęgowała się żebranina. Wbrew rozpowszechnionemu poglądowi uprzemysłowienie przyniosło niewielki i zgoła niezadowalający wzrost dobrobytu (patrz: F.A. v. Hayek "Kapitalizm i historycy kapitalizmu"). Prócz garstki uprzywilejowanych baronów, biedę klepali także przedsiębiorcy. Fabrykant miał zwykle kucharkę, pokojówkę i woźnicę (nie był to luksus, lecz najzwyklejsza konieczność). Nie zatrzymywał się w hotelach, jego syn częstokroć nie mógł studiować, lecz musiał kończyć edukację na szkole średniej, a potem jako gryzipiórek sterczeć godzinami przy pulpicie i wypełniać handlowe księgi.

      W podobnym tonie utrzymany jest rozdział Dawnego ustroju i rewolucji Tocqueville'a zatytułowany wprost: "O tym, że pomimo postępów cywilizacji położenie francuskiego chłopa w wieku osiemnastym było niekiedy gorsze aniżeli w trzynastym".

      No i słynne zdanie Bastiata, które później rozwija w "Harmoniach ekonomicznych" - Mało jest ziemi w Europie, która nie została zdobyta ze wszystkimi wynikającymi z tego nikczemnościami.
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Problem z wydaniem w formie papierowej jest taki, że po pierwsze trzeba by zrobić skład, po drugie wybulić kupę kasy (parę tysięcy złotych) i po trzecie poczekać jeszcze z pół roku. :) Dlatego chyba wyjdzie jako pdf.
    1. Avatar Stanisław Chmielewski
      Stanisław Chmielewski -
      Cytat Napisał Trikster Zobacz post
      Ich najbardziej popularny argument standardowo zaczyna się od stwierdzenia niekwestionowanego faktu, iż część ludzi po prostu posiada środki produkcji, a pozostali potrzebują dostępu to tych środków, żeby przeżyć.
      Dlatego prawdziwie wolnorynkowy system jest oparty na podatku katastralnym, środki produkcji (czyli jak rozumiem, masz tu na myśli ziemię) ma ten kto więcej zapłacił. Brutalne jak w naturze.
    1. Avatar wf
      wf -
      A dlaczego prymitywna? Zazwyczaj jest "akumulacja pierwotna".
    1. Avatar SzabloZębny
      SzabloZębny -
      Jaki "skład"? Redakcyjny?

      "po drugie wybulić kupę kasy (parę tysięcy złotych) i po trzecie poczekać jeszcze z pół roku. "

      Eee.. nie chcę wyjść na zbyt pozytywnie myślącego, ale chyba grubo przesadzasz. No jak parę tysiaków, to gruba okłada, obwoluta i inne śmery-bajery, ale na najzwyklejszy papier i złożenie?
    1. Avatar mental
      mental -
      Właśnie czytam "Państwo - nasz wróg" - rewelacyjną i mega przenikliwą (choć, jak podkreśla sam autor - zaledwie skrótową) analizę historii państwowości pióra konserwatywnego libertarianina, Alberta J. Nocka. Nock demoluje w niej romantyczno-wolnościowy mit założycielski Stanów Zjednoczonych, cofając się w tym celu do samych początków amerykańskiej państwowości, czyli do roku 1630 (data założenia kolonii Massachusetts).

      Każdy uczciwy historyk, analizujący początkowy okres rozwoju państwa amerykańskiego, powinien odnotować podstawowy fakt, którego znaczenie jako pierwszy podkreślił Charles Beard, a mianowicie to, że kompania handlowa - The Massachusetts Bay Company - czyli korporacja handlowa utworzona z woli monarchy brytyjskiego w celu dokonywania kolonizacji kontynentu - stanowiła w rzeczywistości autonomiczne państwo. "Podobnie jak państwo - pisze Beard - miała swoją konstytucję, przywilej wydany przez Koronę, jak państwo, miała własną bazę terytorialną, nadział ziemi, której obszar był większy niż kilkanaście europejskich księstw, mogła wymierzać i pobierać podatki od wszystkich bez wyjątku, bić monetę, regulować handel, dysponować własnością korporacji, zarządzać skarbcem i dostarczać środków na cele obronne. Ta więc - i tu jest właśnie ta ważna uwaga, tak ważna, że ośmielam się wyróżnić ją - wszystkie zasadnicze elementy, które wiele lat później znalazły się w rządzie państwa amerykańskiego, wystąpiły już w działającej na podstawie przywileju królewskiego korporacji, która rozpoczęła rozwój cywilizacji angielskiej w Ameryce."

      Nie ulega żadnej wątpliwości, że ustrój porządku cywilnego ustalony w Ameryce, tuż po przybyciu pierwszych osadników europejskich, był państwowym systemem "krajów macierzystych". Jedyną rzeczą, która go wyróżniała, było to, że klasa wyzyskiwana i uzależniona znajdowała się niezwykle daleko od klasy wyzyskującej i posiadającej. Kwatera główna autonomicznego państwa była po jednej stronie Atlantyku, zaś jej poddani - po drugiej stronie.

      To rozdzielenie od samego początku sprawiało wiele trudności administracyjnych i aby im zaradzić, jedna z angielskich kompanii, wspomniana wyżej The Massachusetts Bay Company, przeniosła się w całości za ocean w 1630 roku, zabierając ze sobą wszystkie królewskie przywileje i większość akcjonariuszy i w ten sposób ustanawiając faktyczne autonomiczne państwo w Ameryce.

      Krótko mówiąc, między bajki należy włożyć badanie amerykańskiego państwa w poszukiwaniu choćby śladu filozofii praw naturalnych. System kompanii i system prowincji nie zostawiały na nie miejsca, zaś jedyne autonomiczne państwo było im bezkompromisowo przeciwne. Kompania Zatoki Massachusetts przywiozła za ocean swój królewski przywilej, aby posłużył jako konstytucja nowej kolonii i zgodnie z jego postanowieniami formą państwa była niezwykle mała i zamknięta oligarchia, co tylko potwierdza fundamentalną doktrynę każdego państwa, że funkcją rządu nie jest utrzymanie wolności i bezpieczeństwa, ale "wspomaganie biznesu". W ramach tej oligarchii, składającej się z urzędników królewskich i akcjonariuszy korporacji, prawo głosu przysługiwało jedynie członkom posiadającym akcje, czyli "ludziom wolnym" w rozumieniu państwa-korporacji, w oparciu o absolutną zasadę państwa wyłożoną wiele lat później przez Johna Jaya, a mianowicie, że "krajem tym powinni rządzić tylko ci, którzy są jego właścicielami". Po upływie roku kolonia Massachusetts liczyła sobie - być może, pewności nie mam - około dwóch tysięcy ludzi, z czego raptem dwadzieścia osób (może mniej) miało cokolwiek do powiedzenia o swym rządzie.

      (...)

      Historycy słusznie dostrzegli i odnotowali wielkie znaczenie teologii kalwińskiej w procesie wzmacniania antywolnościowej postawy Kompanii Massachusetts. Zasada działania kompanii była pod tym względem regułą, która od stuleci niezmiennie motywowała państwo. Marksistowska maksyma, że religia jest opium narodów stanowi albo niemądre, albo partackie pomieszanie terminów, jakże dla Marksa charakterystyczne, które zasługuje na najsurowszą naganę. Religia nigdy nie była opium dla mas i nigdy nie będzie. Jednak zorganizowane na wzór państwa chrześcijaństwo, które wcale nie jest tym samym, co religia chrześcijańska, stanowiło właśnie "opium" dla ludzi od samego początku czwartego stulecia i nigdy to "opium" nie zostało wykorzystane w celach politycznych sprytniej niż właśnie przez oligarchię kompanii Zatoki Massachusetts.

      W roku 311 cesarz rzymski Konstantyn wydał edykt o tolerancji korzystny dla zorganizowanego chrześcijaństwa. Popierał on wówczas mocno ten nowy kult, obdarowując go bogatymi prezentami, a nawet zmienił swój sztandar - labarum, włączając do niego chrześcijańskie symbole (krzyż i inicjały Chrystusa w wieńcu oraz napis in hoc signo vinces), co było niezwykłym wyróżnieniem i w zasadzie nic go nie kosztowało. Historię o niebiańskim znaku, jaki miał się ukazać przed jego decydująca bitwą z wojskami Maksymina i Maksencjusza, można spokojnie odłożyć na półkę z bajkami o zjawach widzianych przed bitwą nad Marną. Jednakże Konstantyn sam nigdy nie stał się członkiem Kościoła, zaś tradycyjne przekazy, utrzymujące, że nawrócił się na chrześcijaństwo są więcej niż mocno wątpliwe. Ale to wystarczyło. Konstantyn doskonale wiedział, że z Kościoła można uczynić niezwykle skuteczna narzędzie władzy państwowej i potrzeba było doprawdy bardzo niewiele dyplomacji, by dostrzec ku temu właściwa drogę.

      Porozumienie opierało się na prostym quid pro quo: w zamian za cesarskie uznanie i patronat oraz zapisy gwarantujące utrzymanie wysokiego oficjalnego dostojeństwa, Kościół powinien zaprzestać swojego przykrego i jakże dokuczliwego nawyku krytykowania realizacji polityki. W szczególności zaś powinien powstrzymać się od niekorzystnych komentarzy na temat administrowania środkami politycznymi przez państwo.

      Ta umowa - w tej bądź innej formie - przewija się przez całą historię Europy. Są to warunki niezmienne - przy czym nigdy niewyrażane otwartym tekstem, gdyż rzadko zachodzi konieczność wprowadzania zastrzeżeń o niekąsaniu ręki, która karmi - każdego porozumienia, jakie zawarto od czasów Konstantyna między zinstytucjonalizowanym chrześcijaństwem i państwem, tj. władzą świecką. Takie były warunki porozumienia zawartego w Niemczech i Francji w czasach Reformacji, taką umowę spisali również przedstawiciele królewskiej korporacji w Massachusetts. V.L. Parrington w pierwszym tomie swojego monumentalnego dzieła o historii Ameryki przywołuje kolejne ustawy, które doprowadziły do ustanowienia kościoła jako instytucji zależnej od państwa i ściśle z nim współpracującej:

      - rok 1631 przyniósł ustawę ograniczająca prawa wyborcze tylko do członków Kościoła;
      - ustawa z 1635 roku zobowiązywała wszystkie osoby zamieszkujące terytorium kolonii do uczestnictwa w nabożeństwach kościelnych;
      - ustawa z roku 1636 ustanowiła monopol państwa, na którego mocy do utworzenia nowego kościoła wymagana był zgoda zarówno władz kościelnych, jak i świeckich.

      Roger Williams wnikliwe zauważył, że państwowe ustanowienie zorganizowanego chrześcijaństwa ZAWSZE było wynalazkiem w zakresie prawa publicznego, służącym utrzymywaniu państwa cywilnego.
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      wf:
      Carson stosuje tych terminów zamiennie. Wytłumaczone w przypisie, którego tu nie ma. :)

      Szablo:
      Nie, nie przesadzam. Znam realia. Chyba że chcesz drukować 5 egzemplarzy.
      Chodzi o skład i łamanie do druku.
    1. Avatar gatekeeper
      gatekeeper -
      Trikster:
      Z czystej ciekawości: Ile może kosztować skład + inne koszta związane z przygotowaniem przetłumaczonego tekstu do druku? Chodzi mi o orientacyjną kwotę, bez kosztów druku, czegoś co nie wygląda może najpiękniej, ale nie odbiega za bardzo wizualnie od innych wydanych. Czy wiesz może jaką ilość nakładu trzeba oddać do blibliotek za darmo? Jakie są jeszcze dodatkowe koszty oprócz tych wynikających z przygotowania do druku?

      Zresztą, to pytanie nie tylko do Trikstera, ale do każdego, kto cos może wiedzieć.
    1. Avatar Marfu
      Marfu -
      Za darmo to oddajesz do około 16 bibliotek, do dwu po dwie sztuki, do pozostałych po jednej. Tyle wiem.
    1. Avatar SzabloZębny
      SzabloZębny -
      Cytat Napisał Trikster Zobacz post
      Szablo:
      Nie, nie przesadzam. Znam realia. Chyba że chcesz drukować 5 egzemplarzy.
      Chodzi o skład i łamanie do druku.
      Ja nie, dlatego zapytałem. Ojej. A co jest takie drogie w całym procesie wydawania czy to każdy z etapów w sumie daje taką kwotę?

      Cytat Napisał Marfu Zobacz post
      Za darmo to oddajesz do około 16 bibliotek, do dwu po dwie sztuki, do pozostałych po jednej. Tyle wiem.
      Można by zrozumieć sens takiego przedsięwzięcia, ale skąd i dlaczego taki nakaz? Od kiedy?
    1. Avatar wf
      wf -
      Cytat Napisał SzabloZębny Zobacz post
      Ja nie, dlatego zapytałem. Ojej. A co jest takie drogie w całym procesie wydawania czy to każdy z etapów w sumie daje taką kwotę?

      Można by zrozumieć sens takiego przedsięwzięcia, ale skąd i dlaczego taki nakaz? Od kiedy?
      Jeśli książka ma ok. 400 stron, czyli zapewne ok. 25 arkuszy wydawniczych (ark. wyd. = 40 tys. znaków), to:
      redakcja: 25 x 130 z = 3250 z
      korekta: 25 x 50 z = 1250 z
      łamanie: 25 x 70 z = 1750 z
      druk i oprawa (miękka): 500 egz. x 10 z = 5000 z

      RAZEM: 11250 z

      Zakładam minimalne stawki, ignoruję vat, tzn. uznaję, że nie ma znaczenia, czy jest zawarty, czy nie (jest tu kilka wariantow postepowania). Pomijam kwestie indeksów, drugiej korekty, weryfikacji tłumaczenia z oryginałem itd. (to łącznie dodatkowe 6-8 tys. z) Można robić druk cyfrowy i drukować kilkanascie-kilkadziesiąt egz., wtedy wydrukowanie 1 egz. bedzie kosztowało ok. 15-20 z (można sprawdzic w kalkulatorze online którejs z drukarni cyfrowych). Mozna zrezygnować z któregoś elementu (redakcja, korekta), ale wtedy książka będzie miała dużo błędów i miejscami będzie niezrozumiała. Błędy wejda do obiegu i wprowadzą chaos do różnych dyskusji i publikacji.

      Nakaz jest ustawowy. Jest 15 bibliotek uprawnionych do egz. obowiązkowego, z czego dwie (BN i UJ) do 2 dwóch egz., razem 17 egz., które należy wysłać na koszt Poczty Polskiej.

      Trikster:
      Carson stosuje tych terminów zamiennie. Wytłumaczone w przypisie, którego tu nie ma. :)

      A mozesz tu dać ten przypis?
    1. Avatar Trikster
      Trikster -
      Jasne. Oto on:
      Termin „prymitywna akumulacja” (lub „pierwotna akumulacja”) stosowany był początkowo przez ekonomistów klasycznych w odniesieniu do procesu, w którym kapitał został zgromadzony przez różne od pracowników klasy posiadające („akumulacja surowców” Adama Smitha); uznawano ją za sukces rynku. Marks używał tego terminu ironicznie, postawiwszy go na głowie. Ujmując krótko, rozumiał go jako „stan początkowy, a nie rezultat akumulacji”. Marks i Engels, Capital, t. 1, s. 704.