We Wstępie do Części Drugiej odnieśliśmy się do „dziecięcej bajki” prymitywnej akumulacji, służącej kapitalistom przez wiele lat jako legitymizujący mit. W rzeczywistości, apologeci kapitalizmu przywołują ją tylko wtedy, gdy nie mogą jej uniknąć. Zdecydowanie częściej uznają dystrybucję własności i władzy po prostu jako daną. Ich najbardziej popularny argument standardowo zaczyna się od stwierdzenia niekwestionowanego faktu, iż część ludzi po prostu posiada środki produkcji, a pozostali potrzebują dostępu to tych środków, żeby przeżyć. Z tego wynika, że, skoro właściciele kapitału są tak mili, że „zapewniają” te „czynniki produkcji” na użytek siły roboczej, są oni upoważnieni do sprawiedliwej rekompensaty za ich „usługi” czy „nieprzeszkadzanie”.
Nieadekwatność tego podejścia ujawnia się po najbardziej nawet powierzchownej analizie. Apologeta państwowego socjalizmu może równie dobrze powiedzieć zwolennikowi wolnego rynku, że nie miałby on pracy, gdyby państwo jej nie „zapewniało”. Apologeta gospodarki feudalnej może w ten sam sposób strofować niewdzięcznego chłopa, że cała jego praca nie przyniosłaby mu żadnych korzyści bez dostępu do ziemi, „zapewnianej” wspaniałomyślnie przez pana feudalnego. Pozostaje pytanie: w jaki sposób ci, którzy kontrolują środki produkcji, doszli do sprawowania tej kontroli? Oppenheimer, krytykując Marshalla, wskazał, że owocność każdej dyskusji o prawach rządzących dystrybucją produkcji zależy od analizy „pierwotnej dystrybucji czynników produkcji”.
Jednakże, w przypadku, gdy apologeci kapitalizmu muszą odnieść się do tego pytania, zawsze próbują ratować się wspomnianą wyżej bajeczką dla dzieci, według której obecne podziały klasowe wyrosły naturalnie z „pierwotnego stanu równości (...) z powodu nie innego, jak występowanie u niektórych ludzi cnoty, oszczędności i przezorności”. Nie ma w tym procesie „żadnej pozaekonomicznej siły”.
Marks twierdził, że legenda prymitywnej akumulacji była pewną wariacją na temat bajki o mrówce i koniku polnym:
Oppenheimer również opowiedział tę pouczającą bajkę, na dodatek w języku bliskim Marksowi. Jednakże, jako że Oppenheimer był wolnościowym socjalistą jak Hodgskin i Tucker, nie musiał wstydzić się (w przeciwieństwie do Marksa i Engelsa) implikacji porzucenia burżuazyjnej bajeczki.
Ludzie ustawiają się w kolejkach, gdy amerykańskie firmy otwierają fabrykę w Chinach, Indonezji czy Malezji. Dzieje się tak pomimo tego, że płace są niskie jak na amerykańskie standardy, jako że miejsca pracy tworzone w takich fabrykach należą do najlepszych w tych gospodarkach. [Russel Roberts, The Pursuit of Happiness: Does Trade Exploit the Poorest of the Poor?, wrzesień 2001]
Rewolucja Przemysłowa umożliwiła tym ludziom, którzy nie mieli nic do zaoferowania rynkowi, sprzedawanie swojej pracy kapitalistom w zamian za płacę. W ten sposób mogli oni w ogóle przetrwać. (...) Jak argumentuje Mises, sam fakt, że ludzie zgadzali się na pracę w tych fabrykach wskazuje, iż ta praca, jakkolwiek odrażająca dla nas, stanowiła najlepszą możliwość, jaką mieli. [Thomas E. Woods Jr, A Myth Shattered: Mises, Hayek, and the Industrial Revolution, listopad 2001]
W dziewiętnastowiecznej Ameryce aktywizm sprzeciwiający się wyzyskiwaniu pracowników koncentrował się głównie na krajowych fabrykach, zatrudniających biednych imigrantów. Chociaż warunki były straszne, firmy te zapewniały zarobek najmniej wykwalifikowanym. Ci, którzy tam pracowali, uznali to za najlepszą decyzję, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe wybory.
(...)
Faktem jest, że zarobki robotników w państwach rozwijających się są skandalicznie niskie w porównaniu do zarobków w Ameryce, a warunki pracy są niezgodne z wrażliwością właściwą bogatemu, uprzemysłowionemu Zachodowi. Jednakże, wszędzie, od Ameryki Środkowej do południowo-wschodniej Azji, zauważyłem, że możliwości proponowane przez zagranicę są zwykle lepsze niż lokalne alternatywy. [Stephan Spath, The Virtues of Sweatshops, marzec 2002]
Ta szkoła libertarianizmu ma wypisane na swoim banerze reakcyjny slogan: „them pore ole bosses need all the help they can get”. Dobrych i złych, w każdym politycznym zagadnieniu, można bardzo łatwo określić, odwracając hasło z Folwarku Zwierzęcego: „Dwie nogi dobrze, cztery nogi źleee". W każdym przypadku, tymi dobrymi, ofiarami progresywnego państwa, są bogaci i potężni. Źli z kolei to konsument i robotnik, działający w celu wzbogacenia się dzięki skarbowi państwa. Jednym z najbardziej bezczelnych przykładów tej tendencji jest obwołanie przez Ayn Rand wielkiego biznesu „uciskaną mniejszością”, a kompleksu militarno-przemysłowego „mitem”.
Idealnym „wolnorynkowym” społeczeństwem jest dla tych ludzi, zdaje się, aktualnie funkcjonujący kapitalizm minus regulacyjne państwo dobrobytu: spotęgowana wersja dziewiętnastowiecznego kapitalizmu monopolistycznych baronów; albo nawet lepiej, społeczeństwo „zreformowane” przez takich jak Pinochet – Dionizos, dla którego Milton Friedman i Chicago Boys bawili się w Arystotelesa.
Wulgarni libertarianie – apologeci kapitalizmu – używają terminu „wolny rynek” dość dwuznacznie: wydaje się, że mają oni problem z pamiętaniem, raz za razem, czy bronią obecnego kapitalizmu, czy wolnorynkowych zasad. Stąd otrzymujemy standardowe pomieszanie pojęć w artykułach w „The Freeman”, gdzie jeden z autorów twierdzi, iż bogaci nie mogą stać się bogatymi na koszt biednych, ponieważ wolny rynek nie działa w ten sposób – implicite zakładając, że to jest wolny rynek. Kiedy wypomni się im to, niechętnie przyznają, że obecny system to nie wolny rynek i że państwo faktycznie sprzyja bogatym. Ale jeśli myślą, że może im to ujść na sucho, nie wahają się bronić bogactwa korporacji wykorzystując do tego „wolnorynkową retorykę”.
Kapitalistyczny mit prymitywnej akumulacji nie może sprostać ani logice, ani źródłom historycznym; z obu tych stron został on zmiażdżony tak, że jego odbudowa jest niemożliwa. Oppenheimer zademonstrował, że taka akumulacja nie mogła się odbyć przy użyciu pokojowych środków. Eksploatacja nie mogła pojawić się w wolnym społeczeństwie w wyniku działania samego wolnego rynku.
(...)
Filozofowie prawa naturalnego założyli zatem, że całkowite zajęcie ziemi musiało mieć miejsce całkiem wcześnie z powodu naturalnego przyrostu początkowo małej populacji. Wydawało im się, w ich czasie, czyli w osiemnastym wieku, że zdarzyło się to stulecia temu i dlatego naiwnie dedukowali funkcjonujące zgrupowanie klasowe z domniemanych warunków tego dawno minionego wydarzenia.
Kapitalizm, wyrastający bezpośrednio ze społeczeństwa wieków średnich jako społeczeństwo nowej klasy, oparty jest na akcie rabunkowym tak wielkim, jak wcześniejszy feudalny podbój ziemi. Utrzymuje się on przy pomocy nieustającej interwencji państwa chroniącej system przywilejów, bez których jego przetrwanie wykracza poza granice wyobraźni. Obecna struktura własności kapitału i organizacji produkcji w naszej tak zwanej gospodarce „rynkowej” odzwierciedla państwowy przymus poprzedzający rynek i zewnętrzny wobec niego. Od początku rewolucji przemysłowej, to, co nostalgicznie zwiemy laissez-faire jest systemem ciągłej państwowej interwencji subsydiującej akumulację, gwarantującej przywileje i utrzymującej dyscyplinę pracy.
W skutek tego, największym subsydium, jakie otrzymał współczesny kapitalizm państwowy jest subsydium historii, dzięki któremu kapitał został początkowo zgromadzony w rękach niewielu, a robotnicy zostali pozbawieni dostępu do środków produkcji i zmuszeni sprzedawać swoją pracę na warunkach narzucanych przez kupującego. Obecny system skoncentrowanej własności kapitału i wielkoskalowej korporacyjnej organizacji jest bezpośrednim beneficjentem pierwotnej struktury władzy i własności, która utrzymywała się przez wieki.



Menu
Kategorie






Ostatnie posty
?
Ostatnie wpisy na blogach
seul- 16-03-2011, 22:31Wiadomość