• Filip Paszko: Kain i Babel, czyli coming out

    Nie będę gadał o żadnym Kainie, żeby nie było. Możemy jednak uznać, że powód tego niegadania o Kainie (a gadał o nim nie będę, bo Kain nic mnie nie interesuje) jest tym coming out'em. Coming out wziął się zresztą stąd, żeby trochę prywaty pouprawiać. Zachęcił mnie do niego, nie wiem, czy świadomie, Maciek Dudek, który pod ostatnim wpisem wyraził chęć podyskutowania na poważnie ze mną i z Jasiem. No a w takiej dyskusji to nie ma przebacz, pokaż lekarzu, co masz w garażu. Problem w tym, że ja do swojego garażu w ogóle rzadko zaglądam, więc ciężko mi powiedzieć, co tam trzymam. Raczej jestem domowym majsterkowiczem, który idąc na spacer znajduje jakiś złom i myśli, że może mu się przydać. Biorę więc w łapę (ten złom) i zanoszę do garażu. No i to tak sobie leży. Kiedyś może wyjdzie z tego fajny wehikuł, no a może nie. Wracając na ziemię, obecnie na blogu raczej sobie "aleatorycznie krytykuję", nie (po tłumaczenie odsyłam do Krzyśka)? Albo głośno myślę.

    Wracając do coming out'u, czyli prywaty. Dawno mnie tu nie było, nie? Cóż, prawdę mówiąc, chciałem poczuć się jak gwiazda i być gdzieś indziej. Wybrałem Toma Hanksa, zapuściłem wykurwiście długą brodę i byłem cast away poza światem. Z tydzień temu na przykład dowiedziałem się, że w Egipcie są jakieś zamieszki, a w Sudanie - referendum. Dobrze mi z tym było. Tak więc wracam do tego. Tzn. niedługo pewnie się ogolę, może będę częściej tu zaglądał, ale i tak zamierzam być poza światem*.
    No dobra, kończmy tę prywatę w miejscu publicznym. Teraz Babel, czyli wieża Babel, czyli język. Zacznijmy dowcipem (jedna uwaga: dowcip w formie drukowanej, czytelnej jest mniej śmieszny, niż opowiadany "z werwą").

    Pewien Anglik postanowił wynająć w Polsce pokój w hotelu. Wieczorem dzwoni do recepcji i mówi:
    - Two tea to room two.
    Chwila ciszy (szłyszycie to mlaskanie i ciamkanie przy żuciu gumy?), po czym słychać odpowiedź:
    - Tra tata tata.
    Czyli co, 2+2=5? - pewnie bym zaraz usłyszał. Wierzcie, lub nie, ale w dyskusjach nad znaczeniem, prawdziwością, czy językiem jest to chyba najczęstszy - i jeden z głupszych - argumentów. No bo, jeżeli prawda jest względna (bo przecież zależna od kontekstu, przyjętej aparatury pojęciowej, background'u, "przedzałożeń", czy choćby kultury, znaczy tyle, co "względna"), to co za problem kłócić się, że 2+2=5? Przy odpowiednio zakutołbistej logice można jeszcze dojść do wniosków (i różni ludzie naprawdę do nich dochodzili!), że Żydzi zabijali się sami, PRL był złotym okresem w dziejach ludzkości, a Generał Franco przyniósł Hiszpanom wolność (tak samo zresztą postąpił Pinochet, czy ktoś w ogóle śmie w to wątpić?). 2+2=5. Pfff, trzeba być chyba debilem, żeby tak uważać, nie? Przecież wiadomo, że istotą "2", jest to, że jej dwukrotność daje "4", a istotą "4" jest to, że składa się z dwóch "2". Żaden język, rzeczywistość, jak w mordę strzelił. Kopiemy w kamień, nie? [a teraz niech mi ktoś, kto bez cienia ironii uznaje powyższy wywód za prawdziwy, pokaże w rzeczywistości "2" i "4"].

    Jeżeli jednak chcielibyśmy, a nie ukrywam, że czasami bym chciał, pogadać sobie o tym wszystkim poważnie, to wartowałoby zacząć od początku. Ja proponuję tak: Ajdukiewicz twierdził, że zdanie "Kwadrat to prostokąt równoboczny" jest zdaniem analitycznym, a jego prawdziwość zależy od prawdziwości składających się na nie słów. Jeżeli więc uznajemy, że to zdanie jest prawdziwe, to przyznajemy poszczególnym słowom sens, który te słowa w języku polskim zawierają. Jeżeli więc ktoś uzna zdanie "kwadrat to prostokąt równoboczny" za nieprawdziwe, znaczy to tyle, co stwierdzenie, że poszczególne słowa (bądź pojedyńcze słowo) rozumie inaczej, niż to jest w języku polskim przyjęte (na przykład może uważać, że kwadrat, to figura, powstała z 3 prostych, przecinających się po dwie).

    Jeżeli więc, wracając do tandetnego przykładu z dodawaniem, ktoś zgadza się, że "dwa plus dwa równa się cztery", znaczy to, że przyjmuje i akceptuje "polski sens" słów, z których to równanie się składa. Anglik nie przyjmie takiego znaczenia i zapewne w ogóle nie zrozumie, ocb. Zapewne zrozumiałby - i pewnie nawet by się z tym zgodził - jakieś "two plus two equals four", czy jak by to w tym imperialnym języku brzmiało. Ktoś może powiedzieć, że z pewnością by zrozumiał, gdyby mu napisał, że "2+2=4", co już ani chybi jest dowodem na pewną rzeczywistą oczywistość tego twierdzenia. Ale taka pisownia znaczy tyle, że tak, a nie inaczej wyglądające znaczki uznajemy za niosące odpowiedni sens. Nie zastanawiałem się, przyznam szczerze, na ile to, o czym mówię, może być skojarzone z teorią nazw własnych Russella, czy Kripkego. Myślę przy tym, na marginesie, że to, o czym mówię, mogłoby w dosyć kreatywny sposób być połączone z dywagacjami na temat tego, czym jest ta "istota", czy ta "wewnętrzna prawda", dzięki której uznajemy, że znaczek "2" zawiera w sobie takie, a nie inne znaczenie. A co za tym idzie, dlaczego przy całej zmienności świata posługujemy się pewnymi stałymi, typu "natura" (np. ludzka), "istota", "rzecz sama w sobie" (ding an ich, jak wymyślił wielki bonza z Królewca; copyright by Nietzsche).

    Wracając, przynajmniej trochę, do języka, prawdy, czy czego tam jeszcze. Kiedyś w rozmowie z Krzyśkiem, a było to w czasach, kiedy jeszcze ekonomia znajdowała się w obrębie moich zainteresować (tak dawno!) mówiliśmy sobie o cenach, wartościach i innych pierdołach. Powiedziałem mu wtedy, o ile dobrze pamiętam, że cenę traktuję jako pewną zobiektywizowaną wartość. Krzysiek stanowczo zaoponował, a ja nie bardzo potrafiłem uzasadnić swojej tezy. Nie wiem, jak by ta rozmowa wyglądała dzisiaj, ale powiem wam, o co mi chodziło. Powiem wam czyli, w jaki sposób traktuję "obiektywizację". Otóż obiektywizacja nie polega na odkrywaniu jakichkolwiek stałych i niezmiennych prawd, istot samych w sobie, czy natur. Obiektywizacja jest raczej intersubiektywizacją. Jest konwencją, efektem współżycia społecznego, wypadkową.

    Jeżeli więc obiektywizacja, a więc i prawda, jest konwencją, to warto zastanowić się, o co z tą konwencją tak naprawdę chodzi. Wróćmy na chwilę do Ajdukiwicza, który, formułując w latach 30. teorię "skrajnego konwencjonalizmu", napisał:

    Chemy tu mianowicie sformułować i uzasadnić twierdzenie, że nie tylko niektóre, ale wszystkie sądy, które przyjmujemy i które tworzą cały nasz obraz świata, nie są jeszcze jednoznacznie wyrażone przez dane doświadczenia, lecz zależą od wyboru aparatury pojęciowej, przy pomocy której odwzorowujemy dane doświadczenia. Możemy jednak wybrać taką lub inną aparaturę pojęciową, przez co zmieni się cały nasz obraz świata. To znaczy: póki ktoś posługuje się pewną określoną aparaturą pojęciową, póty dane doświadczenia zmuszają go do uznania pewnych sądów. Same te dane doświadczenia nie zmuszają go jednak bezwzględnie do uznania tych sądów. Może on bowiem obrać inną aparaturę pojęciową, na gruncie której te same dane doświadczenia nie zmuszą go do uznania owych sądów, gdyż w nowej aparaturze pojęciowej te sądy w ogóle już nie występują.
    Zdaje mi się, że jest to na tyle widoczne we wszelkich dyskusjach ideologicznych (których niżej niepodpisany doświadczył całkiem sporo), że nie muszę tego uzasadniać. No dobrze, zostawmy na razie Ajdukiewicza i skupmy się na językach. Mógłby ktoś zapytać, że no dobra, konwencja to konwencja, ale jednak na jakiejś podstawie przyjmuje się taką, a nie inną aparaturę pojęciową. Czy nie słusznie byłoby przyjmować ją na podstawie jej prawdziwości?

    Otóż stawiam tezę, że bynajmniej. Jeżeli naprawdę interesują was powody, które skłaniają mnie do takiego odrzucenia, to oto najgłówniejszy: prawdziwość jest konwencją. To, czym się kierujemy w wyborze aparatury pojęciowej, jest jej praktyczność. Przyczyną jest to, co możemy za jej pomocą zrobić. Zaryzykuję tutaj też tezę, że jest to nawet zbieżne z tezami neopozytywizmu. Ostatnio przywoływałem Neuratha, dziś pora na Bertranda Russell'a**:

    Nauka zachęca więc do zaniechania poszukiwań prawdy absolutnej na rzecz czegoś, co można by nazwać prawdą "techniczną", a co przysługuje każdej teorii, którą można skutecznie wykorzystać w wynalazczości, lub przewidywaniu przyszłości. Prawdziwość "techniczna" jest stopniowalna: teoria, która umożliwia więcej wynalazków i więcej trafnych przewidywań, jest prawdziwsza niż ta, która umożliwia ich mniej. "Wiedza" przestaje być mentalnym zwierciadłem wszechświata, stając się jedynie praktycznym środkiem manipulowania materią.
    Do powyższego wywodu mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że stopniowalność tej "prawdy technicznej" jest zupełnie niepotrzebna. Oczywiście, można ją stosować, natomiast jest pytanie, czy gdyby pominąć tę stopniowalność, istotnie zmieniłby się sens powyższego wywodu? Zdaje mi się, że nie, dlatego też chętnie posługuję się alternatywnym prawem grawitacji, czyli wielkim trollem z uniwersalnym magnesem. Gdyby ktoś nowy tu zajrzał i nie wiedział, ocb, akcja jest taka. Jako "ludzie zachodu", "ludzie racjonalni", czy "cywilizowani" uznajemy pewne prawidła, które rządzą przyrodą. Na przykład prawo grawitacji, czy ściślej - prawo powszechnego ciążenia. W odniesieniu do Ziemi obserwujemy, że kamień, który rzucimy do góry [przy założeniu, że nie jesteśmy Herkulesem, Supermanem, albo innym Übermensch'em], spadnie na Ziemię. Mamy więc prawo grawitacji, że przedmioty się przyciągają - w tym przypadku Ziemia kamień (ew. jeśli ktoś woli kamień Ziemię). Załóżmy jednak, że gdzieś tam w dalekiej Amazonii żyje nieodkryte plemię (które przy dzisiejszym tempie wycinki odkryjemy coming soon), które nie zna czegoś takiego, jak prawo grawitacji. Nie chodzi o to, że nie zaobserwowali oni, że kamień spada na Ziemię. Zaobserwowali. Szwendając się jednak po różnych miejscowych skałkach i jaskiniach znaleźli kiedyś skałę, która w jakimś stopniu przyciągała do siebie ich kamienne paciorki. Wywnioskowali stąd, że gdzieś tam pod ich stopami istnieje wielka ilość, ew. wielkie stężenie, takiej skały który przyciąga rzucone kamienie. Ponieważ lud taki ma również swoje wierzenia, przesądy itp., wierzą oni, że Królem Ziemi jest wielki troll. Łącząc te dwa "fakty" doszli do wniosku, że Król Ziemi trzyma w dłoni wielki magiczny kamień i przyciąga wszystko, co się zbytnio od niego oddali. Dlatego drzewa nie rosną w nieskończoność, a ptaki nie wylatują hen w te małe białe w nocy świecące.

    Gra? Gra i trąbi. Oczywiście my, jako "ludzie cywilizowani", mający w pamięci średniowiecznego golibrodę Ockhama pamiętamy, że nie ma po co mnożyć bytów (a nie pamiętamy, że sam zainteresowany napisał: Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego), możemy jedynie pobłażliwie się uśmiechnąć. Mimo tego politowania, widocznego na naszych twarzach, cały czas pozostaje pytanie, czy nasz system z prawem grawitacji jest lepszy, niż ten ich, z trollem i uniwersalnym magnesem? Stoję na stanowisku, że nie. Tzn., nie, że jest gorszy. Uważam, że mamy ograniczone możliwości oceny tego. Dzieje się tak, ponieważ - i mam wrażenie, że stoję tu na stanowisku Fisha - nasze myślenie jest wbudowane w pewien racjonalizujący system. To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). Musimy jednak pamiętać, że one nam lepiej służą. Nie mamy możliwości, by bezstronnie ocenić, które twierdzenie lepiej by służyło ludom amazońskim.

    Zanim przejdę do następnej części, chciałbym pokrótce podsumować przyjęte przeze mnie stanowisko. Przede wszystkim, stawiam tezę (choć raczej przychylam się do tezy), że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od tego, z pomocą jakich dyrektyw to robimy. Oznacza to, że mniej ważne jest to, jak myślimy, ważniejsze natomiast - za pomocą czego myślimy. Konsekwencją takiego poglądu jest dla mnie odrzucenie prawd absolutnych, ducha dziejów, natury, esencji, czy istoty i skupienie się raczej na konwencjach. Można więc najogólniej powiedzieć, że prezentuję stanowisko antyfundacjonistyczne. Ponadto uważam, że nie jesteśmy żadnymi tabulami rasami, a nasze widzenie świata jest już zakorzenione w obrębie "wspólnot interpretacyjnych" (zdaje się, że w ten sposób poszerzam znaczenie, które nadał temu zwrotowi Fish; może i faktycznie - zdaje się). Wszystko to prowadzi do wniosku, że pewne twierdzenie uznajemy za prawdziwe z innych powodów. Uważam, że tym powodem jest pragmatyzm. I, jak zapewne już zauważyliście, duże znaczenie przypisuję językowi. Który traktuję zresztą również konwencjonalnie, w przeciwieństwie do np. Chomsky'ego.

    Powyższe tezy połączone w jeden względnie spójny pogląd mogą prowadzić do różnych wniosków. Możemy na przykład zwrócić uwagę, że Hitler sobie pragmatycznie uznał, że Niemcy i Aryjczycy to rasa panów, czyli Übermensch'e, a Żydzi - Untermensch'e. Dając już spokój staremu, martwemu dekadentowi (dekadent chciał być nadczłowiekiem, czyż to nie ironia?!), współcześnie co i rusz jesteśmy świadkami przyjmowania różnych aparatur pojęciowych. A jedni mówią, że PRL była cool, a drudzy mówią, że nie, śpiewał Kazik i coś w tym niewątpliwie jest. Jedni mówią, że kapitalizm jest super, a drudzy mówią, że kapitalizm sam sobie kręci (produkuje) sznur. Jedni mówią, że człowiek jest od seksu, a inni, że od porodówki. I tak dalej w ten deseń.

    Sęk w tym - i właśnie na tym teraz chciałbym się skupić -, że przyjęcie takiej, a nie innej aparatury pojęciowej ma wpływ na kształtowanie naszej polityki, czyli naszego, mówiąc za Arendt, współ-bycia, être-ensemble. Język nie jest bynajmniej neutralny, bo i ciężko nam by było ocenić, co miało by to oznaczać. Język zawsze jest nacechowany i naładowany znaczeniami, bo jest konwencją. A jeżeli jest konwencją, to znaczy, że jest zmienny. Te dwie cechy języka kierują nas w pewnym kierunku. Otóż, jeżeli język nie jest neutralny, to znaczy to, że przyjęty i powszechnie używany język może być przez różnych ludzi różnie oceniany. Oznacza to, że język może być źródłem krzywdy jednego człowieka względem drugiego. Warto też tutaj zaznaczyć, że nie tylko co się mówi, może ranić, ale też kto. Inaczej brzmi, gdy w Harlemie jeden ziom do zioma mówi "nigger", a inaczej, gdy mówi tak w Harlemie jakiś biały policjant. Inaczej brzmi, gdy jakiś facet śmiertelnie poważnie mówi o kurach domowych, a inaczej, gdy rozmawiają sobie dwie psiapsióły na wychowawczym. Truizmem jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzienia.

    Jeżeli więc uznajemy, że słowa mogą ranić (a mówiąc szerzej, słowa mogą służyć jednemu człowiekowi przeciw drugiemu), to możemy na tej podstawie dokonać trzech wyborów. Możemy powiedzieć, że owszem, (1) mogą ranić, ale tak być właśnie powinno, bo takie jest życie, że się go nie da przetrwać w prezerwatywie, (2) ranią, ale tak to już jest z językiem, nic na to nie poradzimy (co jest sprzeczne z wymienioną przez nas drugą cechą języka, tj. zmiennością), albo (3) możemy uznać, że faktycznie, ranią, ale można i powinno się to zmienić. Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego. Jest to więc postulat nieagresywnego języka. Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel. Możemy uznać, jak Rorty, że jest to typowy liberalizm (za Judith Shklar, która uznaje, że liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą jakiej się dopuszczamy). Jaś Skoczowski z kolei uważa, że jest to już nie liberalizm, tylko libertarianizm. Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.


    *W momencie, gdy kończę pisać te słowa, po mojej brodzie zostały jedynie obraźliwe fotografie.
    **Przy okazji chciałbym stanąć w obronie Russella przeciwko Gwiazdowskiemu i innym "pożal się boże" logikom. Otóż Gwiazdowski przywołał komentarz Russella z czasów przedwojennych. Miał tedy Russell powiedzieć, że "Wielka Brytania powinna się rozbroić, bo nawet jak Niemcy dokonają inwazji, to Anglicy nie będą im sprzedawali żywności i się będą musieli wycofać". Już widziałem te szydery pt. "ale ten Russell głupi był, jak but". Więc ja, już post factum, chciałbym powiedzieć, że Niemcy nie dokonali inwazji na Wielką Brytanię (z kilku powodów, główny był ten, ze Hilter był debilem). Co prawda naloty było, ale tam był Dywizjon 303, itd. A! I nie zapominajmy, że w pierwszych tygodniach wojny Brytyjczycy zbombardowali Berlin... ulotkami antywojennymi.
    Ten artykuł powstał na podstawie tematu: Filip Paszko: Kain i Babel, czyli coming out started by Trikster View original post
    Komentarze 4 Komentarze
    1. Avatar gatekeeper
      gatekeeper -
      Dobry tekst, plastycznie napisany. Mam zastrzeżenia do użytku jakiego poczyniłeś na końcu ze swojej wiedzy:

      Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.
      To jest bardzo naiwny pogląd. To nie jest i nigdy nie był słownik sprawiedliwośći i solidarności, tylko język intelektualnej, koncepcyjnej wojny. Cokolwiek podstawisz za "nasz".

      Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel.
      Pozornie. Obojętnie do jakiej grupy się odwołujesz i do czego dążysz, łatwo dojść do wniosku: minimalizowanie okrucieństwa (kapitalistycznego, religijnego, państwowego itd.) może odbywać się przy pomocy instrumentów politycznych i ideologicznych (w tym sensie propagandowych). Te najłatwiej i najskuteczniej wypracować i użyć językiem konfrontacyjnym bądź korzystając na fundamentach dawnych znaczeń, odwołując się do stereotypów, uprzedzeń, bon-motów i całej specyfiki normatywnej. I to jest standard każdej ze stron, to co proponujesz w istocie, w przełożeniu na życie społeczne, to aberracja, w twoim wypadku-od lewicowości. Mnie to paradoksalnie, powinno martwić najmniej, bo pozór inkluzji jest konserwatywny, ale wskazuje ci swój punkt widzenia.

      Oczywiście możesz zarzucić mi afirmacje stygmatyzacji- i poniekąd słusznie, bo choć sprzeciwiam się wielu jej przejawom, to traktuje ją jako koszt konieczny, i nie widzę powodów ani woli z drugiej strony by zaniechać tego konfliktu, a wręcz nie widzę w tym nic nadzwyczajngo, no pain, no gain.
    1. Avatar smootnyclown
      smootnyclown -
      To jest bardzo naiwny pogląd. To nie jest i nigdy nie był słownik sprawiedliwośći i solidarności, tylko język intelektualnej, koncepcyjnej wojny. Cokolwiek podstawisz za "nasz"
      Zaczynając od końca. Mam wrażenie, że pisałem o tym w tekście, ale może niezbyt dokładnie. Otóż uważam, że główną cechą "naszego słownika" jest inkluzywność, czyli zdolność do postrzegania coraz większej ilości różnic wszelakich za nieistotnych dla współ-bycia. To jak z ćpaniem i chodzeniem na dziwki - ja tego nie robię, a mój sąsiad tak. Ale nic mnie to nie obchodzi, dopóki zabawia się tak, bo sam chce. Rorty pisze o "nas", że jest to "zdolność do myślenia o osobach zdecydowanie różniących się od nas jako o objętych zasięgiem >my<".

      Jest to radykalnie różne od tego, co możemy zaobserwować obecnie, bo to jest tylko przeze mnie postulowane. Dlatego twierdzenie, że rzecz wygląda inaczej, niż ją opisuję jest trochę niecelne - przecież nigdzie nie twierdziłem, że tak to wygląda. To tylko moja "liberalna utopia":)

      Obojętnie do jakiej grupy się odwołujesz i do czego dążysz, łatwo dojść do wniosku: minimalizowanie okrucieństwa (kapitalistycznego, religijnego, państwowego itd.) może odbywać się przy pomocy instrumentów politycznych i ideologicznych (w tym sensie propagandowych). Te najłatwiej i najskuteczniej wypracować i użyć językiem konfrontacyjnym bądź korzystając na fundamentach dawnych znaczeń, odwołując się do stereotypów, uprzedzeń, bon-motów i całej specyfiki normatywnej.
      Nie powtarzając tego, że to li tylko idee, chciałbym zauważyć, że wyciągasz sprzeczne wnioski. Z jednej strony mówisz, że celem jest minimalizowanie okrucieństwa, po czym dodajesz, że najłatwiej to zrobić językiem ideologiczno-propagandowym, czyli maksymalizowaniem okrucieństwa. I jeszcze sugerujesz, że jest to wniosek, do którego powinienem dojść, wychodząc z moich przesłanek...

      to co proponujesz w istocie, w przełożeniu na życie społeczne, to aberracja, w twoim wypadku-od lewicowości.
      Poproszę o rozwinięcie, bo nie rozumiem ocb. I następne zdanie też:)
    1. Avatar SzabloZębny
      SzabloZębny -
      musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa).
      Że co? Niby dlaczego? Skąd wiadomo, że nam lepiej służy (to zdanie jest prawdziwe czy fałszywe, i wedle jakiej konwencji?)? I dlaczego w ogóle mielibyśmy je przyjmować?
    1. Avatar gatekeeper
      gatekeeper -
      smootnyclown:
      Dlatego twierdzenie, że rzecz wygląda inaczej, niż ją opisuję jest trochę niecelne - przecież nigdzie nie twierdziłem, że tak to wygląda. To tylko moja "liberalna utopia":)
      No i właśnie do tego też mam zastrzeżenia, co opiszę niżej:

      chciałbym zauważyć, że wyciągasz sprzeczne wnioski. Z jednej strony mówisz, że celem jest minimalizowanie okrucieństwa, po czym dodajesz, że najłatwiej to zrobić językiem ideologiczno-propagandowym, czyli maksymalizowaniem okrucieństwa.
      Dokładnie tak i nie widzę w tym nic niezwykłego. Zróbmy takie ćwiczenie:

      1. Gniewomir myśli, że homoseksualiści to zboczeńcy. Radosław, że to fajne chłopaki. Radosław zaprasza do swojego programu w tv Gniewomira i poucza go o homoseksualizmie. Gniewomir, mówi, że homoseksualiści to pedofile.. Radosław, tłumaczy i tłumaczy, mówi " z całym szacunkiem Gniewomirze, ale nie masz racji, choć szanuje twoje zdanie.." ale ostatecznie słyszy, że każdy kto ich popiera ma problemy z odbytem. I z głową.

      2. Gniewomir myśli, że homo to zboczeńcy. Radosław, że to fajne chłopaki. Radosław nie zaprasza Gniewomira do swojego programu, kiedy jest zapytany o poglądy oponenta, ucina sprawę, mówiąc, że Gniewomir to ciemnogrodzianin i homofob, że z takimi ludźmi się nie rozmawia. Jeśli już rozmawiać musi (załóżmy) sprowadza Gniewomira do moherowej babci, hitlera i akcji hiacynt. Gniewomir podpiera się bojówkami ONRFalanga, Radosław ściąga bojowki ONanizm Balanga. BUM.

      Choć to przerysowane, przesadzone, w pierwszym wypadku, jak wiadomo otwartość debaty, powstrzymanie się od anihilacji przeciwnika, prowadzi do porażki. I nie ma co płakać nad Gniewomirem, bo on po prostu mówi co myśli, Radosław natomiast stosuje się do zasad otwartej debaty, stwarza pozór inkluzywności różnych języków i krytyk wymierzonych w jego poglądy. Dlaczego różnych? Bo nie ma i nie będzie jednego, dopóki obie strony nie zrezygnują ze swoich przedpolitycznych przyzwyczajeń, uprzedzeń. A nie zrezygnują, bo przegrają. "Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego." I grając tak musi przegrać, bo jego poprawność, nie pozwala mu na nawiązanie równej walki. W drugim przypadku sam stosuje stygmatyzację i może wygrać. Radosław więc eskaluje konflikt, nawet nie musi robić tego sztucznie, gdyż rzeczywiście może sądzić, że poglądy Gniewomira biorą się ze strachu przed czymś i moherowych uprzedzeń. Jest autentyczny w lustrzanym odbiciu do autentycznego Gniewomira. Odchodząc od letniości, zwiększa cierpenie, podejmuje wysiłek, który, jeśli się powiedzie, zmniejsza ilość cierpienia, w skutek zagonienia do rogu Gniewomira, zamiast ustępowania przed jego (niekoniecznie cynicznym) językiem. Otwartość i powstrzymanie się od zadawania cierpienia, jest właśnie pozornym przesunięciem ram dopuszczalności używania jakiś sformułowań, jeśli działa w obie strony, jeśli powstrzymujesz się od zadawania cierpienia użytkownikom tych języków. Jeśli działa w jedną, nie jest już powstrzymaniem się od zadawania cierpienia, tylko tym co nazwałem anihilacją i co uważam, za oczywiste (BTW: Myślisz, że przymusowe nazywanie matki i ojca rodzic1 i rodzic2 nie boli jakiś teistów czy konserwatystów?) Pozostaje tylko kwestia wyważenia, dostosowania ataków przynoszących cierpienie do skuteczności (również "przyzwoitośći", jako jej elementu składowego). To co proponujesz, jest dobre na grillowania w większym gronie, w polityce, jest kwestią życia i śmierci ruchów politycznych i społecznych. Można się oburzać, ale to nie zmieni faktu, że jeśli nie Ty/Wy zadajecie cierpienia, to wygrywa Troll krzyczący o pederastach z UE i Steinbach.