Wracając do coming out'u, czyli prywaty. Dawno mnie tu nie było, nie? Cóż, prawdę mówiąc, chciałem poczuć się jak gwiazda i być gdzieś indziej. Wybrałem Toma Hanksa, zapuściłem wykurwiście długą brodę i byłem cast away poza światem. Z tydzień temu na przykład dowiedziałem się, że w Egipcie są jakieś zamieszki, a w Sudanie - referendum. Dobrze mi z tym było. Tak więc wracam do tego. Tzn. niedługo pewnie się ogolę, może będę częściej tu zaglądał, ale i tak zamierzam być poza światem*.
No dobra, kończmy tę prywatę w miejscu publicznym. Teraz Babel, czyli wieża Babel, czyli język. Zacznijmy dowcipem (jedna uwaga: dowcip w formie drukowanej, czytelnej jest mniej śmieszny, niż opowiadany "z werwą").
- Two tea to room two.
Chwila ciszy (szłyszycie to mlaskanie i ciamkanie przy żuciu gumy?), po czym słychać odpowiedź:
- Tra tata tata.
Jeżeli jednak chcielibyśmy, a nie ukrywam, że czasami bym chciał, pogadać sobie o tym wszystkim poważnie, to wartowałoby zacząć od początku. Ja proponuję tak: Ajdukiewicz twierdził, że zdanie "Kwadrat to prostokąt równoboczny" jest zdaniem analitycznym, a jego prawdziwość zależy od prawdziwości składających się na nie słów. Jeżeli więc uznajemy, że to zdanie jest prawdziwe, to przyznajemy poszczególnym słowom sens, który te słowa w języku polskim zawierają. Jeżeli więc ktoś uzna zdanie "kwadrat to prostokąt równoboczny" za nieprawdziwe, znaczy to tyle, co stwierdzenie, że poszczególne słowa (bądź pojedyńcze słowo) rozumie inaczej, niż to jest w języku polskim przyjęte (na przykład może uważać, że kwadrat, to figura, powstała z 3 prostych, przecinających się po dwie).
Jeżeli więc, wracając do tandetnego przykładu z dodawaniem, ktoś zgadza się, że "dwa plus dwa równa się cztery", znaczy to, że przyjmuje i akceptuje "polski sens" słów, z których to równanie się składa. Anglik nie przyjmie takiego znaczenia i zapewne w ogóle nie zrozumie, ocb. Zapewne zrozumiałby - i pewnie nawet by się z tym zgodził - jakieś "two plus two equals four", czy jak by to w tym imperialnym języku brzmiało. Ktoś może powiedzieć, że z pewnością by zrozumiał, gdyby mu napisał, że "2+2=4", co już ani chybi jest dowodem na pewną rzeczywistą oczywistość tego twierdzenia. Ale taka pisownia znaczy tyle, że tak, a nie inaczej wyglądające znaczki uznajemy za niosące odpowiedni sens. Nie zastanawiałem się, przyznam szczerze, na ile to, o czym mówię, może być skojarzone z teorią nazw własnych Russella, czy Kripkego. Myślę przy tym, na marginesie, że to, o czym mówię, mogłoby w dosyć kreatywny sposób być połączone z dywagacjami na temat tego, czym jest ta "istota", czy ta "wewnętrzna prawda", dzięki której uznajemy, że znaczek "2" zawiera w sobie takie, a nie inne znaczenie. A co za tym idzie, dlaczego przy całej zmienności świata posługujemy się pewnymi stałymi, typu "natura" (np. ludzka), "istota", "rzecz sama w sobie" (ding an ich, jak wymyślił wielki bonza z Królewca; copyright by Nietzsche).
Wracając, przynajmniej trochę, do języka, prawdy, czy czego tam jeszcze. Kiedyś w rozmowie z Krzyśkiem, a było to w czasach, kiedy jeszcze ekonomia znajdowała się w obrębie moich zainteresować (tak dawno!) mówiliśmy sobie o cenach, wartościach i innych pierdołach. Powiedziałem mu wtedy, o ile dobrze pamiętam, że cenę traktuję jako pewną zobiektywizowaną wartość. Krzysiek stanowczo zaoponował, a ja nie bardzo potrafiłem uzasadnić swojej tezy. Nie wiem, jak by ta rozmowa wyglądała dzisiaj, ale powiem wam, o co mi chodziło. Powiem wam czyli, w jaki sposób traktuję "obiektywizację". Otóż obiektywizacja nie polega na odkrywaniu jakichkolwiek stałych i niezmiennych prawd, istot samych w sobie, czy natur. Obiektywizacja jest raczej intersubiektywizacją. Jest konwencją, efektem współżycia społecznego, wypadkową.
Jeżeli więc obiektywizacja, a więc i prawda, jest konwencją, to warto zastanowić się, o co z tą konwencją tak naprawdę chodzi. Wróćmy na chwilę do Ajdukiwicza, który, formułując w latach 30. teorię "skrajnego konwencjonalizmu", napisał:
Otóż stawiam tezę, że bynajmniej. Jeżeli naprawdę interesują was powody, które skłaniają mnie do takiego odrzucenia, to oto najgłówniejszy: prawdziwość jest konwencją. To, czym się kierujemy w wyborze aparatury pojęciowej, jest jej praktyczność. Przyczyną jest to, co możemy za jej pomocą zrobić. Zaryzykuję tutaj też tezę, że jest to nawet zbieżne z tezami neopozytywizmu. Ostatnio przywoływałem Neuratha, dziś pora na Bertranda Russell'a**:
Gra? Gra i trąbi. Oczywiście my, jako "ludzie cywilizowani", mający w pamięci średniowiecznego golibrodę Ockhama pamiętamy, że nie ma po co mnożyć bytów (a nie pamiętamy, że sam zainteresowany napisał: Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego), możemy jedynie pobłażliwie się uśmiechnąć. Mimo tego politowania, widocznego na naszych twarzach, cały czas pozostaje pytanie, czy nasz system z prawem grawitacji jest lepszy, niż ten ich, z trollem i uniwersalnym magnesem? Stoję na stanowisku, że nie. Tzn., nie, że jest gorszy. Uważam, że mamy ograniczone możliwości oceny tego. Dzieje się tak, ponieważ - i mam wrażenie, że stoję tu na stanowisku Fisha - nasze myślenie jest wbudowane w pewien racjonalizujący system. To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). Musimy jednak pamiętać, że one nam lepiej służą. Nie mamy możliwości, by bezstronnie ocenić, które twierdzenie lepiej by służyło ludom amazońskim.
Zanim przejdę do następnej części, chciałbym pokrótce podsumować przyjęte przeze mnie stanowisko. Przede wszystkim, stawiam tezę (choć raczej przychylam się do tezy), że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od tego, z pomocą jakich dyrektyw to robimy. Oznacza to, że mniej ważne jest to, jak myślimy, ważniejsze natomiast - za pomocą czego myślimy. Konsekwencją takiego poglądu jest dla mnie odrzucenie prawd absolutnych, ducha dziejów, natury, esencji, czy istoty i skupienie się raczej na konwencjach. Można więc najogólniej powiedzieć, że prezentuję stanowisko antyfundacjonistyczne. Ponadto uważam, że nie jesteśmy żadnymi tabulami rasami, a nasze widzenie świata jest już zakorzenione w obrębie "wspólnot interpretacyjnych" (zdaje się, że w ten sposób poszerzam znaczenie, które nadał temu zwrotowi Fish; może i faktycznie - zdaje się). Wszystko to prowadzi do wniosku, że pewne twierdzenie uznajemy za prawdziwe z innych powodów. Uważam, że tym powodem jest pragmatyzm. I, jak zapewne już zauważyliście, duże znaczenie przypisuję językowi. Który traktuję zresztą również konwencjonalnie, w przeciwieństwie do np. Chomsky'ego.
Powyższe tezy połączone w jeden względnie spójny pogląd mogą prowadzić do różnych wniosków. Możemy na przykład zwrócić uwagę, że Hitler sobie pragmatycznie uznał, że Niemcy i Aryjczycy to rasa panów, czyli Übermensch'e, a Żydzi - Untermensch'e. Dając już spokój staremu, martwemu dekadentowi (dekadent chciał być nadczłowiekiem, czyż to nie ironia?!), współcześnie co i rusz jesteśmy świadkami przyjmowania różnych aparatur pojęciowych. A jedni mówią, że PRL była cool, a drudzy mówią, że nie, śpiewał Kazik i coś w tym niewątpliwie jest. Jedni mówią, że kapitalizm jest super, a drudzy mówią, że kapitalizm sam sobie kręci (produkuje) sznur. Jedni mówią, że człowiek jest od seksu, a inni, że od porodówki. I tak dalej w ten deseń.
Sęk w tym - i właśnie na tym teraz chciałbym się skupić -, że przyjęcie takiej, a nie innej aparatury pojęciowej ma wpływ na kształtowanie naszej polityki, czyli naszego, mówiąc za Arendt, współ-bycia, être-ensemble. Język nie jest bynajmniej neutralny, bo i ciężko nam by było ocenić, co miało by to oznaczać. Język zawsze jest nacechowany i naładowany znaczeniami, bo jest konwencją. A jeżeli jest konwencją, to znaczy, że jest zmienny. Te dwie cechy języka kierują nas w pewnym kierunku. Otóż, jeżeli język nie jest neutralny, to znaczy to, że przyjęty i powszechnie używany język może być przez różnych ludzi różnie oceniany. Oznacza to, że język może być źródłem krzywdy jednego człowieka względem drugiego. Warto też tutaj zaznaczyć, że nie tylko co się mówi, może ranić, ale też kto. Inaczej brzmi, gdy w Harlemie jeden ziom do zioma mówi "nigger", a inaczej, gdy mówi tak w Harlemie jakiś biały policjant. Inaczej brzmi, gdy jakiś facet śmiertelnie poważnie mówi o kurach domowych, a inaczej, gdy rozmawiają sobie dwie psiapsióły na wychowawczym. Truizmem jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzienia.
Jeżeli więc uznajemy, że słowa mogą ranić (a mówiąc szerzej, słowa mogą służyć jednemu człowiekowi przeciw drugiemu), to możemy na tej podstawie dokonać trzech wyborów. Możemy powiedzieć, że owszem, (1) mogą ranić, ale tak być właśnie powinno, bo takie jest życie, że się go nie da przetrwać w prezerwatywie, (2) ranią, ale tak to już jest z językiem, nic na to nie poradzimy (co jest sprzeczne z wymienioną przez nas drugą cechą języka, tj. zmiennością), albo (3) możemy uznać, że faktycznie, ranią, ale można i powinno się to zmienić. Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego. Jest to więc postulat nieagresywnego języka. Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel. Możemy uznać, jak Rorty, że jest to typowy liberalizm (za Judith Shklar, która uznaje, że liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą jakiej się dopuszczamy). Jaś Skoczowski z kolei uważa, że jest to już nie liberalizm, tylko libertarianizm. Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.
*W momencie, gdy kończę pisać te słowa, po mojej brodzie zostały jedynie obraźliwe fotografie.
**Przy okazji chciałbym stanąć w obronie Russella przeciwko Gwiazdowskiemu i innym "pożal się boże" logikom. Otóż Gwiazdowski przywołał komentarz Russella z czasów przedwojennych. Miał tedy Russell powiedzieć, że "Wielka Brytania powinna się rozbroić, bo nawet jak Niemcy dokonają inwazji, to Anglicy nie będą im sprzedawali żywności i się będą musieli wycofać". Już widziałem te szydery pt. "ale ten Russell głupi był, jak but". Więc ja, już post factum, chciałbym powiedzieć, że Niemcy nie dokonali inwazji na Wielką Brytanię (z kilku powodów, główny był ten, ze Hilter był debilem). Co prawda naloty było, ale tam był Dywizjon 303, itd. A! I nie zapominajmy, że w pierwszych tygodniach wojny Brytyjczycy zbombardowali Berlin... ulotkami antywojennymi.



Menu
Kategorie






Ostatnie posty
?
Ostatnie wpisy na blogach
Wiadomość